Życie i biznes na Florydzie
Home / Mój biznes / Życie i biznes na Florydzie

Życie i biznes na Florydzie 3

– Miała być Australia, ale po narodzeniu pierwszego dziecka zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że to za daleko. Potem miały być Hawaje, nawet Bilbao w Hiszpanii i Polska – mąż chciał mieszkać we Władysławowie, ale ja bym tam w zimie nie wytrzymała. Ostatecznie stanęło na Atlantic Beach. Ujęła mnie szeroką i pustą plażą, tym, że wszędzie można dojechać na rowerze, delfinami, żółwiami, pelikanami, surfowaniem bez pianki 7 miesięcy w roku – o swoim miejscu na ziemi opowiada Zuzanna Soldenhoff –Thorpe. Sopocianka najpierw objechała świat, a potem założyła biznes na Florydzie. 

Bliżej Biznesu:– Pani historia – jak czytamy w wywiadach – zaczyna się na sopockim Brodwinie – betonowym blokowisku urokliwie schowanym pośrodku nadmorskich lasów morenowych. Jak pani wspomina dzieciństwo? Czy wpłynęło jakoś na chęć podróżowania?

Zuzanna Soldenhoff –Thorpe:– Dzieciństwo wspominam wspaniale. Szkoła kilkaset metrów od mojego bloku, koleżanki i koledzy, z którymi przeżyłam przedszkole, szkołę podstawową i liceum, a z niektórymi nawet ten sam Uniwersytet. Do teraz utrzymuję kontakt z dużą częścią. Zabawy pod trzepakiem, granie w gumę, rowery, sanki – typowe atrakcje post – komunistycznych blokowisk. Wakacje spędzałam z siostrą i babcią w Borach Tucholskich: starym ośrodku wczasowym „Grzybek” i stamtąd mam najcudowniejsze wspomnienia: beztroska, jezioro, lasy, ogniska, podchody, przyjaźnie, które też trwają do teraz. Zawsze, gdy jestem w Polsce spotykam się tam z grupką dawnych bywalców i z nowym pokoleniem  zabieram nasze dzieci, które już inaczej przeżywają to miejsce. Śpiewałam i tańczyłam w zespole „Muszelki” przez 7 lat – połowa mojego dzieciństwa zajęta była próbami w domu kultury i wyjazdami, występami. Lubiłam bycie Sopocianką, czułam się bezpiecznie, mając rutynę, te same miejsca, sąsiadów, okoliczne lasy, plażę, sklepy, ale ciągnęło mnie w świat od zawsze. Uważnie wczytywałam się w podróżnicze magazyny, oglądałam filmy przyrodnicze z przeróżnych zakątków świata i po cichu marzyłam o niemożliwym – rodziców nie było stać na wyjazdy w polskie góry lub,jak inni znajomi do Bułgarii, na Węgry, ciekawe kolonie jeździeckie i inne atrakcje znane mi z opowieści koleżanek.

W tym samym wywiadzie opowiadała pani, że o dziwo, do wielkiego świata wyjechali nie ci najzamożniejsi czy posiadający najbardziej wpływowych rodziców, ale gotowi na podjęcie ryzyka i ciężką pracę w pogoni za marzeniami.
Większość z nas skończyła studia. Myślę, że mieszkając w Trójmieście mieliśmy większe szanse na dobrą karierę niż rówieśnicy z mniejszych miejscowości. Mała garstka znajomych jest w Warszawie. Moi dwaj towarzysze podróży, z którymi wybrałam się do Australii, Azji, koledzy z przedszkola i szkół, mieszkający o piętro niżej, teraz mieszkają w Amsterdamie i Kopenhadze. Inna przyjaciółka w Brukseli. Większość została i mają całkiem fajne życie w Trójmieście.

Podobno już w podstawówce, oglądając programy przyrodnicze, spisywała pani listę miejsc, które chciałaby pani w przyszłości zobaczyć. Co znalazło się na tej liście? I jak sobie pani wyobrażała te miejsca? I Ile z nich udało się zobaczyć?
Tak, lista w mojej głowie była następująca: Australia, Sumatra, Fidżi, Alaska, Borneo, Hawaje, Nepal, Indie, Tajlandia, Malezja, Grenlandia, Boliwia, Peru, Chile, Gwatemala, Karaiby i więcej. W większości już byłam. Reszta czeka.

Pierwsze zarobione pieniądze na podróże?
Sprzedawałam gliniane dzwonki na sopockim Monciaku, lody na gałkę w osiedlowym sklepie oraz stałam całe lato w blaszanej budce w Parku Rozrywki w Gdańsku. To były pierwsze prace w podstawówce, żeby móc kupić sobie wymarzone Martensy, mieć pieniądze na kino i inne rozrywki. Następnie, wczesna szkoła średnia, promocje w supermarketach – od jogurtów po kawę – na pierwsze podróże do Grecji w lecie. Później już dostawałam świetne prace reklamowałam wódkęjeździłam autem z wielką puszką reklamującą napój energetyczny. Udało się zarobić na wyjazd na Mazury i bilety na koncerty. Było już o wiele ciekawiej i przyjemniej. Pod koniec liceum zaczęłam pomagać w organizacji eventów dla dużych firm w gdyńskiej agencji PR, gdzie pozostałam do końca studiów. Do tego udzielałam się będąc wolontariuszem w schronisku zwierząt i organizacji pomagającej afrykańskim sierotom przy jednym z kościołów w Gdańsku. Zawsze byłam zajęta.

Pierwsza poważna podróż? 
Australia. Wybraliśmy się z biletem zarobionym kelnerowaniem w Londynie. Lecieliśmy z Londynu przez Singapur – najtańsza z możliwych wtedy opcji. Tam mieszkałam w jednym pokoju z 5 koleżankami. Pracowałam po 5070 godzin w tygodniu przez całe lato, ale wspominam to wspaniale  poznałam cudownych ludzi, zwiedziłam to miasto wzdłuż i wszerz – każde muzeum, galerię, plac, uliczkę, park. Po tym lecie wzięliśmy urlop dziekański, to było po 3 roku studiów i wyfrunęliśmy z dosłownie 100 dolarami w kieszeni. Mieliśmy w połowie opłaconą przez internet najtańszą szkołą biznesu  bo tylko tak można legalnie w Australii przebywać. Tylko na to było nas stać z zaoszczędzonymi funtami.


Jak przebiegła podróż? Czy tak, jak sobie pani wyobrażała? 

Zachwyciło mnie mnóstwo rzeczy – przede wszystkim widoki: lazurowa woda, piaszczyste plaże, skały, klify – opisuje Sydney, bo zanim wyruszyliśmy troszkę dalej, musieliśmy trochę popracować. Zanim znaleźliśmy własne mieszkanie i pracę, mieszkaliśmy u poznanej w autobusie z lotniska Nowozelandki. Potem było już łatwiej  mieliśmy pracę, nowych znajomych, zaczęliśmy jeździć po tym ogromnym kraju. Co nas zaskoczyło? Ceny w Australii: od lekcji jogi, po wynajem auta, restauracje i ciuchy to były nieosiągalne dla nas luksusy  mieliśmy pozwolenie na 20 godzin pracy w tygodniu  po opłaceniu szkoły i mieszkania niewiele zostawało. Ale żywiliśmy się głównie w naszych restauracjach, więc uzbieraliśmy też trochę na wypady na rafę koralową, pustynię w centralnej Australii i kilka miast na samym południu.

Potem były m.in Gwatemala, Honduras, Indonezja, Malezja, Tajlandia, Kambodża i Birma. Jak udało się pani zorganizować te wszystkie –  wydawałoby się dość kosztowne podróże.
Kosztowny jest tylko bilet. Azja Południowo – Wschodnia i Ameryka Środkowa są bardzo tanie jeśli podróżuje się z plecakiem i nie ma wygórowanych wymagań oraz unika turystycznych motłochów. Mój budżet mieścił się w granicach 510 dolarów dziennie, wliczając podróż, tzw. „chicken bus’ami”, ciężarówkami, skromny nocleg i niesamowite jedzenie – uwielbiam jeść, próbować wszystkiego.


Co zapamiętała pani najbardziej z tych podróży?

Historii ciekawych mam mnóstwo, a wszystko zapisane w kilku grubych pamiętnikach, do których nie zajrzałam od tego czasu. Goniła nas rozwścieczona orangutanica w indonezyjskiej dżungli, zgubiłam się w Himalajach, mój brytyjski towarzysz wspinaczki w Himalajach złamał nogę w kostce i z pomocą własnej kurtki zsunęłam go do najbliższej wioski: tu już lokalni szamani smarowali nogę masłem yaka, a po dwóch dniach brytyjska ambasada wysłała helikopter, który miał problem z dotarciem na taką wysokość. W nocy budowałam lądowisko z kamieni. Poniósł mnie słoń, na którym zwiedzałam dżunglę, w wodzie czekały dzikie nosorożce, uczyłam się rozpalania ognia od Aborygenów na pustyni, nurkowałam z rekinami, poniósł mnie koń na karaibskiej St Lucia. Rozczarowanie: dostałam gorączki Dengiego w Hondurasie i myślałam, że umieram. Ale to tylko objawy są tak okrutne.

Ciężko wracać z tak odległych mentalnie, kulturowo krajów? Miewała pani gorszy czas po powrocie do Polski? 
Było ciężko. Przede wszystkim dlatego, że nie miałam dużo wspólnego z ludźmi spokojnie żyjącymi w Polsce  nie interesowało mnie, gdzie jest najlepsza impreza, jakiego proszku do prania najlepiej używać lub który serial jest dziś wyświetlany. Żyłam dzikością, wspomnieniami, miejscami, ludźmi  tymi o odmiennej kulturze i tymi z mojego zachodniego świata, ale inspirującymi, niezwykle ciekawymi. Potem, z czasem, znów wsiąkałam w codzienne życiowe sprawy, jak oni  przynajmniej aż do kolejnej podróży. Pracę miałam zawsze tą samą  agencja PR i inne firmy zawsze witały mnie z otwartymi ramionami.

Kiedy dotarło do pani, że Polska raczej nie jest docelowym miejscem?

Tak naprawdę nigdy. Polska zawsze będzie „moim” krajem, ojczyzną, domem. Nigdy się nie zmieni. Dzieciom, mimo, że mąż po polsku nie mówi, wpajam polskie tradycje. Nie wykluczam powrotu kiedyś, przynajmniej marzy mi się wracać z rodziną na każde lato. Usilnie nad tym pracuję. Nigdy nie mówiłam stanowczo, że przyszłość jest tylko poza Polską.


Jak narodziła się amerykańska miłość?

Niespodziewanie. Ameryka nie była na mojej liście pozostania na dłużej, niż pracowite wakacje. Luke ujął mnie swą beztroską, otwarciem na świat, inne kultury. Większość życia filmował surfing  a ja uwielbiam jedno i drugie – filmowanie i deski.

Plaża Atlantic Beach okazała się waszym miejscem na Ziemi. Skąd wiedzieliście, że to właśnie to?
Miała być Australia, ale po narodzeniu pierwszego dziecka zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że to za daleko. Potem miały być Hawaje, nawet Bilbao w Hiszpanii i Polska – mąż chciał mieszkać we Władysławowie, a ja bym tam w zimie nie wytrzymała. Obstawiałam na Sopot. Ostatecznie stanęło na Atlantic Beach, bo tu w Ameryce mieliśmy już prace, które lubiliśmy. AB odkryliśmy przez przypadek, ujęła mnie szeroką i pustą plażą, tym, że wszędzie można dojechać na rowerze i to przez cały rok, delfinami, żółwiami, pelikanami, surfowaniem bez pianki 7 miesięcy w roku, rynkami farmerskimi, popularnym zdrowym odżywianiem, fajnymi restauracjami.

W Jacksonville razem z przyjaciółką założyła pani centrum zabaw dla dzieci. Ciężko założyć w USA taką firmę?

Pomysł był w całości koleżanki. Nawet inwestora już znalazła zanim zaproponowała mi partnerstwo. Nie było tu miejsca, gdzie rodzice mogliby przyjść z maluchem, odpocząć wśród spokojnej atmosfery. Jest tutaj mnóstwo głośnych, kolorowych „zabawowni” pełnych plastiku. Brakowało miejsca, gdzie można wygodnie usiąść, porozmawiać, pobawić z dzieckiem. Dzieci mojej wspólniczki chodzą do szkoły Montessori, moje do szkoły Waldorf – połączyłyśmy te dwie filozofie. Założyć taki biznes nie jest ciężko, ale kosztowało nas to 2 lata codziennej pracy z dwójką małych dzieci każda, mnóstwo cierpliwości i zapału zanim Bay & Bee powstało. Ja zrezygnowałam z dobrze płatnej pracy po narodzeniu drugiego dziecka, a zarobki męża ledwo pokrywały nasze rachunki. Było ciężko.

Jak działa Bay&Bee?
Właśnie otworzyłyśmy drugą lokalizację. Mamy już 17 pracowników plus kilkunastu instruktorów zajęć. Rodzice wykupują miesięczny lub roczny abonament, przychodzą się pobawić z dzieckiem szeregiem zabawek, zjeżdżalni, torów kolejowych, gigantycznymi klockami lub biorą udział w zajęciach: joga dla nowych mam z bobasami, joga dla dzieci, muzyka, hiszpański w zabawie, czytanie, bańki mydlane, taniec, odkrywanie natury, zajęcia dla rodziców z psychologami, specjalistami od odżywiania, karmienia piersią. Urządzamy też urodzinowe przyjęcia w weekendy i mamy sklep z naturalnymi zabawkami, produktami od nosidełek po smoczki, gryzaki, a nawet naszyjniki z polskiego bursztynu.

Jakie ma pani plany biznesowe?
Plan biznesowy: otworzyć kilka kolejnych lokalizacji, sprzedawać franczyzy, w końcu nadzorować to wszystko eksternistycznie, żebym każde wakacje i ferie mogła spędzać z dziećmi w ciekawych miejscach. No i w Polsce. Marzenia: mam ich mnóstwo, ale najważniejsze, żebyśmy byli zdrowi. Reszta jakoś się ułoży.

Czy brak pieniędzy może być problemem w podbijaniu świata? Jak zorganizować swoje życie, żeby – mimo braku pieniędzy – nie rezygnować z marzeń?
Oczywiście, że może być problemem, bo niestety bez pieniędzy nie zwiedziłabym świata. Ale fakt, że zdobyć je musiałam sama, otworzyło przede mną mnóstwo horyzontów, nauczyło doceniać najmniejsze rzeczy. Wszystko zależy od chęci – mam wielu przyjaciół, których podróże po prostu nie kręcą i wolą pieniądze na co innego przeznaczać, możliwości – nie musiałam opiekować się schorowanym rodzicem lub harować w rodzinnym biznesie  miałam szczęście, że mogłam decydować sama, determinacji – byłam wstydliwa całe dzieciństwo, co musiałam zwalczyć, by pracować z ludźmi, często na scenie w czasie eventów i nie skupianiu się wyłącznie na sobie: każda podróż wiąże się z pomocą biednym, w wioskach, sierotom, chorym. Jak jedziemy z dziećmi do Salvadoru,Tahiti lub Nikaragui bierzemy czasem 4 walizy wypchane po brzegi ubraniami, przyborami szkolnymi. Na co dzień pomagamy różnym organizacjom. Mój biznes włącza się bądź organizuje też mnóstwo akcji pomagającym ofiarom huraganu, sierotom, bezdomnym, biednym. Moja siostra w Polsce ma kilka rodzin pod Trójmiastem, którym pomaga i my się dołączamy. Siedzieć na czubku góry podziwiając widok może każdy, ale jak się do tego pozna okolicznych mieszkańców, ich zwyczaje, potrzeby, taka podróż nabiera zupełnie innego smaku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites