• Jamajka zamiast korpo. Nowe życie w raju na Karaibach

    • – Rzeczywistość świata wielkiej finansjery, wyścigu szczurów i kult pieniądza zaczęły mnie coraz bardziej przytłaczać. Zacząłem sobie zadawać egzystencjalne pytania i rozważać, co tak naprawdę czyni mnie szczęśliwym, po co tutaj w ogóle jestem, czego chcę od życia. Wszystkie te wątpliwości zasiali we mnie Jamajczycy i ich styl życia. Ludzie szczęśliwi bez pracy po 10 godzin dziennie w korporacji, żyjący w zgodzie z naturą i samym sobą – opowiada Tomasz Łada, który rzucił pracę w banku i zamieszkał na Jamajce. Jest twórcą projektu naJamajke.pl i organizatorem wycieczek po tej rajskiej wyspie.

      Bliżej Biznesu:– Jakie ma pan pierwsze wspomnienie związane z Jamajką?

      Tomasz Łada:– Moje pierwsze jamajskie wspomnienia utrwalone w pamięci sięgają już samego wejścia na pokład samolotu nieistniejących już linii lotniczych Air Jamaica. Miałem przyjemność nimi lecieć z Atlanty do Montego Bay po swoją pierwszą karaibską przygodę. Całe rozdrażnienie i nerwy związane z wyjątkowo stresującymi i nieprzyjemnymi procedurami lotniskowymi w USA minęły zaraz po zajęciu miejsca w jamajskim samolocie. To w nim po raz pierwszy poczułem klimat Jamajki. Jeszcze przed startem z pokładowych głośników popłynęła słodka muzyka reggae, piękne stewardessy promieniujące pozytywną energią i wrodzonym luzem zajęły się pasażerami. Rozbawiony kapitan ogłosił rychły start oraz kilkugodzinny lot, po którym zamienimy mroźne i zaśnieżone USA na gorące tropiki. W chwili lądowania możemy się spodziewać temperatury oscylującej w granicach 30 stopni Celsjusza. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że ruszam w podróż, po której moje życie już nigdy nie będzie takie samo.

      Jak powitała pana po raz pierwszy Jamajka?

      Doskonale pamiętam moment lądowania w Montego Bay, gdzie pas startowy zaczyna się zaraz na początku wybrzeża, a lądowanie wygląda tak, jakby kapitan chciał postawić maszynę na turkusowym Morzu Karaibskim. Pamiętam piękny kolor morza, palmy i plażę wyglądającą, jak na folderach reklamowych biur podróży. W tym samym samolocie doświadczyłem typowej jamajskiej beztroski, która do dzisiaj stanowi dla mnie jedno z największych wyzwań organizacyjnych. Otóż, kiedy samolot zaparkował przy rękawie i zniecierpliwieni ludzie czekali na otwarcie drzwi, pilot oznajmił, iż musimy jeszcze poczekać jakieś 15 minut. Okazało się bowiem, iż pracownik, który ma klucze otwierające drzwi rękawa, zakończył swoją zmianę godzinę temu i zapomniał oddać kluczy swojemu następcy. Już wysłali kierowcę do jego domu i jak tylko przyjadą z kluczami, będziemy mogli opuścić samolot.

      Witamy na Jamajce.

      Chwilę po tej sytuacji siedziałem w już busie, zatłoczonym busie.

      Jak pan tam trafił?

      Na Jamajkę trafiłem po raz pierwszy w styczniu 2005 roku i nie była to zaplanowana podróż. Po blisko 5 latach pracy w bankowości postanowiłem zrobić sobie parę miesięcy przerwy i pojechałem do USA odwiedzić mojego wujka, który opuścił Polskę, kiedy jeszcze byłem małym dzieckiem. Kilka lat wcześniej pojechał on po raz pierwszy na Jamajkę i od tej pory stał się jej regularnym gościem. W Stanach trafiłem na bardzo srogą zimę i po dwóch miesiącach pobytu miałem już serdecznie dość śniegu, mrozu, zimnego mieszkania i USA w ogóle. Wujek musiał doświadczać podobnych frustracji, bo pewnego dnia przyszedł i powiedział, że ma dość i czas jechać na Jamajkę. Padło pytanie, czy też mam ochotę się wybrać, bo jeśli tak to jedziemy razem. Odpowiedź mogła być tylko jedna. Kilka dni później zakupiłem swój pierwszy bilet na słoneczną wyspę, gdzie miałem szczęście spędzić 5 tygodni życia. Od razu trafiłem do uroczej wioski Treasure Beach na południowym wybrzeżu, gdzie dzisiaj mieszkam, pracuję i prowadzę szczęśliwe życie.

      Czy była to miłość od pierwszego wejrzenia?

      Tak, Jamajka to była miłość od pierwszego wejrzenia, choć nie od razu zdałem sobie z tego sprawę. Zaraz po powrocie do Polski nie wiedziałem jeszcze, że jestem tak bardzo zakochany w nowym miejscu. Po kilku miesiącach pobytu w kraju zacząłem odczuwać niezrozumiałą tęsknotę i bardzo silną chęć powrotu na Jamajkę. To trochę takie uczucie jak wtedy, kiedy człowiek jest romantycznie zakochany i ciągle myśli o swojej miłości. Snuje się wtedy związane z nią plany i fantazje, chce się spędzać każdą chwilę wspólnie, zarówno teraz, jak i w przyszłości i przeraża myśl, że mogłoby się jej już nie spotkać. Powoli zaczęło do mnie docierać, że moja pierwsza podróż na Jamajkę nie była zwykłą wycieczką turystyczno – krajoznawczą, to była podróż, dzięki której odkryłem swoje miejsce na ziemi i na nowo siebie samego.

      Przez 10 lat pracował pan w bankowości. Skąd wziął się pomysł, żeby rzucić pracę w korporacji i zamieszkać właśnie tam?

      Kiedy po pierwszym pobycie na wyspie pełen wrażeń i nowych doświadczeń wróciłem do Polski, już następnego dnia po wylądowaniu otrzymałem telefon z Raiffeisen Banku. Moja przyszła szefowa powiedziała, że dowiedziała się o moim powrocie do Polski, że bank jest właśnie w trakcie rekrutacji i chcą, żebym dla nich pracował na stanowisku doradcy do spraw bankowości korporacyjnej. Pamiętam, że podczas negocjacji warunków zatrudnienia, oprócz wynagrodzenia i pozostałych warunków pracy i płacy, zastrzegłem sobie prawo do dłuższego urlopu. Chciałem wziąć minimum 3 tygodnie jednorazowo, oczywiście z myślą o powrocie na Jamajkę. Później jeździłem już na nią każdego roku, przez cztery kolejne lata. Każdego roku też coraz więcej znajomych chciało pojechać ze mną, prosząc, abym im pokazał swój nowo odkryty raj. To dzięki tym ludziom narodziła się myśl, że skoro tyle osób chce, aby ich zabierać na Jamajkę, to być może jest to również dobry pomysł na biznes turystyczny i trwałe związanie się z wyspą.

      Ciężko było wracać do korporacyjnych obowiązków?

      Z każdą wizytą na Jamajce coraz trudniej. Rzeczywistość świata wielkiej finansjery, wyścigu szczurów i kult pieniądza zaczęły mnie coraz bardziej przytłaczać. Zacząłem sobie zadawać egzystencjalne pytania i rozważać, co tak naprawdę czyni mnie szczęśliwym, po co tutaj w ogóle jestem, czego chcę od życia i co tak naprawdę jest dla mnie ważne. Zacząłem przewartościowywać całe swoje życie, wierzenia, przekonania. Przyszedł czas na ponowną ocenę życiowej sytuacji. Wszystkie te wątpliwości zasiali we mnie Jamajczycy i ich styl życia. Ludzie szczęśliwi bez pracy po 10 godzin dziennie w korporacji, żyjący w zgodzie z naturą i samym sobą, bardzo przyjaźni, życzliwi i szczerze uśmiechnięci. Jamajczycy zawsze mają dla ciebie czas, żeby się zatrzymać i porozmawiać. Nie pytają cię, jaką masz pracę, kim jesteś i co posiadasz, pytają, jak się czujesz, jak minął dzień i czy dobrze się wczoraj bawiłeś. Nie oceniają, dobrze życzą i chętnie dzielą się chwilą obecną. Ci ludzie wydali mi się bardzo prawdziwi i szczęśliwi, zaimponowała mi ich prostolinijność, pewność siebie i to jakim szacunkiem darzą drugiego człowieka, niezależnie od tego, kim on jest. Do tego wrodzony luz, wdzięk, radość z rzeczy małych. Zapragnąłem zgłębić tajemnicę tego, co czyni nas szczęśliwymi. Odkryłem, że pomyliłem pojęcie szczęścia z zadowoleniem, które nigdy nie wytrzymuje próby czasu.

      I co było potem?

      Po czterech latach od pierwszej wizyty na Jamajce postanowiłem ostatecznie pożegnać się z korporacją i uruchomić stronę naJamajke.pl. W styczniu 2009 roku zabrałem pierwszą testową grupę na pierwszą wyprawę.

      Jak bardzo Jamajka, jako miejsce do życia, różniła się od Jamajki, którą zapamiętał pan z pierwszej wizyty, jako turysta?

      Pierwsze spotkanie z Jamajką było dla mnie dość dużym szokiem kulturowym. Dzisiaj wiem, że przeżywa go większość, jeśli nie wszyscy, którzy ją po raz pierwszy odwiedzają. Nie wiedziałem, jak się zachować w podstawowych kwestiach. Musiałem na nowo odkryć, jak działa transport, pieniądze, stosunki międzyludzkie, relacje partnerskie. Wiele rzeczy działa tutaj inaczej niż wszędzie na świecie. Przyszło mi się uczyć na nowo podstaw egzystencji w społeczeństwie, co było jednocześnie fascynujące, frustrujące, bolesne i radosne.

      Jak wyglądały pierwsze miesiące życia na wyspie?

      Z Jamajką oswajałem się niejako etapami rozłożonymi w czasie, nie było przełomowego momentu, od którego mógłbym stwierdzić, że tak, teraz mieszkam na Jamajce. Zanim się na dobre osiedliłem, odwiedziłem miejsce kilka razy po 2–3 tygodnie, później przez około 3 lata żyłem pół roku na Jamajce i pół roku w Polsce. W tym czasie podczas sezonu turystycznego pracowałem nielegalnie na Jamajce, a po zimie jechałem na pół roku do Polski, gdzie jeszcze pracowałem w branży finansowej. Tym razem jednak, jako niezależny doradca dla paru firm, które były moimi klientami za czasów pracy w banku. To one pozwoliły mi przetrwać trudny okres zamiany etatu na własną przedsiębiorczość, co naprawdę nie było dla mnie łatwe.

      Jak wyglądało „urządzanie się” na Jamajce?

      Trudno powiedzieć, od czego zacząłem urządzać swoje nowe życie, bo gdy ostatecznie postanowiłem zamieszkać na Jamajce, to wszystko było rozpoczęte, przygoda z wyspą trwała już kilka lat. Miałem wtedy sporo znajomych, akceptację lokalnej społeczności, pomysł z naJamajke.pl okazał się dobry, a mnie pozostało nadal się rozwijać i wciąż poznawać Jamajkę, co nieprzerwanie trwa do dzisiaj.

      Czy trudno nawiązać kontakt z Jamajczykami? Co może nas zaskoczyć? Jakimi są ludźmi?

      Nawiązanie kontaktu z Jamajczykami jest bardzo łatwe i to właśnie ludzie są jedną z największych atrakcji tej wyspy. Wystarczy, że spotkacie się wzrokiem z Jamajczykiem i to już jest wystarczający powód, żeby się pozdrowić i ukłonić, także z nieznajomymi. Każdy do każdego może swobodnie podejść i zagadać, tak zwyczajnie bez podchodów, wstydu, usprawiedliwiania się i stresu. W kolejce, w busie, w restauracji – normalne jest rozmawianie z ludźmi nawet, jak ich nie znasz. Jamajczycy są bardzo otwarci, życzliwi i przyjaźni. Do tego bardzo sympatyczni i oryginalni. Podam taki przykład – jechałem kiedyś busem, w których większość miejsc była wolna. Siedziałem na początku auta, blisko kierowcy, a na tylnym fotelu siedziała piękna Jamajka, dziewczyna ta bardzo mi się spodobała. Odwracałem się co jakiś czas, żeby na nią spojrzeć, trochę tak po naszemu – ukradkiem, niby że przez przypadek i broń boże, żeby sobie nie pomyślała, że mi się podoba. Po jakiejś chwili dziewczyna wstała ze swojego miejsca, przysiadła się obok mnie i powiedziała „cześć, widzę, że mnie obserwujesz, jak chcesz, możemy porozmawiać”. Tacy są Jamajczycy. Po tych wszystkich latach Jamajka wychowała mnie tak, że już nie mam problemu zagadać do kogokolwiek, nie mam też problemu, żeby powiedzieć ładnej dziewczynie, że mi się podoba, albo starszej osobie, że interesuje mnie jej historia i chciałbym ją usłyszeć. Słowo „obcy człowiek” ma tutaj zupełnie inny wydźwięk. Jamajczycy są pełni szacunku dla znajomych i nieznajomych. „One love” – powiadają i praktykują w życiu codziennym.

      Jak wygląda ich sytuacja gospodarcza?

      Na Jamajce mamy demokrację, kapitalizm i wolny rynek. Tak, jak w większości krajów tego typu jest kilku bardzo bogatych ludzi, jakaś tam klasa średnia a większość ludzi jest po prostu biedna. Tylko, że bieda tutaj trochę inaczej wygląda. Jamajczycy zawsze będą mieli co jeść, Matka Natura jest dla nich bardzo szczodra, więc z głodu nikt nie umiera. Temperatura cały rok oscyluje w okolicach 30 stopni Celsjusza, więc bezdomni nie zamarzają. Tak na dobrą sprawę to wszystkie podstawowe potrzeby z piramidy Maslowa mają zapewnione przez naturę. Istnieją getta i dzielnice skrajnej biedy, ale moim zdaniem problem tam tkwi nie w braku możliwości zarobkowych, tylko w mentalności ofiar i braku wykształcenia, przez co tych możliwości nie dostrzegają. Największym problemem, jaki powoduje bieda, jest ograniczenie dostępu do edukacji. Jest także wielu Jamajczyków, którym do życia wystarcza niewiele i zamiast ciężko pracować, wolą skromne życie zgodne z tym, co dzień przyniesie.

      Z czego utrzymują się Jamajczycy? Jaki jest poziom ich życia?

      Jamajczycy utrzymują się głównie z turystyki i rolnictwa, gdzie prym wiedzie produkcja trzciny cukrowej. Posiadają też duże zasoby boksytów, z których produkuje się aluminium, są także sporym importerem cementu. Praca na etacie na Jamajce jest raczej nisko płatna, minimalna pensja tygodniowa wynosi niecałe sto dolarów. Dużo lepiej można zarobić, prowadząc działalność na własny rachunek. Jeśli chce się zarobić dobre pieniądze na Jamajce, najlepiej jest prowadzić własny biznes. Jest tutaj bardzo dużo barów, taksówek, drobnych usług, które Jamajczycy świadczą sobie nawzajem. Wciąż można zarobić na rybołówstwie, całkiem nieźle radzą sobie farmerzy. Spokojni o prace mogą być dobrzy budowlańcy, a specjalistów i wysoko wykwalifikowanych pracowników brakuje w niemal każdych branżach.

      Czy na Jamajce często można spotkać Europejczyka, np. Polaka, którzy zdecydowali się zamieszkać tam i pracować?

      Europejczyków, którzy przebywają tutaj na stałe, można spotkać na co dzień w miejscowościach turystycznych oraz w stolicy, ale nie ma ich jakoś szczególnie wielu. Podzieliłbym ich na dwie grupy, które różnią się od siebie na poziomie intencji, motywu, jakie stoją za decyzją o zamieszkaniu na Jamajce. Pierwsza grupa to ludzie, którzy kiedyś przyjechali na Jamajkę i zakochali się w tej wyspie, w jej kulturze, ludziach i klimacie. Postanowili więc otworzyć tutaj swoje zazwyczaj małe biznesy. Prowadzą domy gościnne i restauracje, spotykam także europejskich muzyków, masażystów, projektantów oraz całkiem spory odsetek ludzi, którzy przyjechali tutaj na emeryturę.

      A druga grupa?

      Drugą grupę opisałbym, jako ludzi, którzy przyjechali na Jamajkę do pracy na długoterminowe kontrakty. Wśród nich dostrzegam najwięcej wykwalifikowanych specjalistów – nowe technologie, kadra menadżerska, naukowcy, IT, medycyna, finanse, ale także pracownicy biur podróży oraz kurortów. Polaków na Jamajce jest niewielu, według moich własnych szacunków Jamajkę zamieszkuje może 30 osób z Polski, jesteśmy rozsiani po całej wyspie wokół wybrzeża.

      W wywiadach opowiada pan, że to, co widać w jamajskich kurortach, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, a bardziej przypomina wczasy all inclusive w Egipcie.

      Użyłem Egiptu, jako porównania, bo tam już było bardzo wielu Polaków. Stamtąd też pochodzi moje jedyne doświadczenie z all inclusive, jako klienta. Od tamtej pory bywam w kurortach już tylko w ramach obowiązków służbowych, bo w tych miejscach także obsługuję swoich gości oraz wycieczki fakultatywne.

      Pragnę podkreślić, że nie uważam wypoczynku w kurortach za zły pomysł, z pewnością można się tam zrelaksować i odpocząć, dobrze zjeść, napić się i zabawić, a ja sam bardzo miło wspominam pobyt w takim miejscu. Tylko, że w kurortach jest wszystko sztuczne, na wyrost, wyreżyserowane, oderwane od rzeczywistości. I oczywiście dobrze zorganizowane. W kurortach spotkacie prawdziwych Jamajczyków, ale oni będą zawsze w pracy, bo ci bez pracy, albo po pracy nie mają wstępu na teren ośrodka, jeśli nie są turystami. W kurortach Jamajczycy dostosowują się do życia turystów i warunków hotelu, na naszych wyprawach to turyści dostosowują się do życia Jamajczyków i ich zwyczajów. Nie zmieniamy Jamajki, zwiedzamy ją taką, jaka jest.

      W jaki sposób próbuje pan pokazać prawdziwe oblicze Jamajki?

      Organizowane przeze mnie wprawy, to imprezy objazdowe z bogatym programem atrakcji turystycznych, podczas których objeżdżamy Jamajkę niemalże dookoła. To podróż po rozległej różnorodności geograficznej, ekonomicznej, religijnej i kulturowej Jamajki. Spotykamy się z magią Gór Błękitnych na wschodzie, najpiękniejszymi plażami zachodniego wybrzeża. Odwiedzamy komercyjną północ i trzymające się z dala od kurortów i masowej turystyki magiczne południe. Oglądamy najpiękniejsze dzieła Matki Natury, popularne atrakcje i wydarzenia oraz dzikie, ukryte przed masową turystyką miejsca.

      Jedną z największych atrakcji Jamajki są jej gościnni, sympatyczni i przyjaźni mieszkańcy, dbamy więc także o to, aby mieć lokalne towarzystwo. Podczas wypraw pokazujemy także tą mniej chlubną część wyspy, jak trudne życie kingstońskiego getta i bolesną historię wyspy. Wszystkie nasze wyprawy są w pełni zorganizowane i nie wymagają dodatkowych działań logistycznych ze strony uczestników. Goście są pod stałą opieką polskiego pilota/przewodnika, który pozostaje do dyspozycji grupy przez cały okres pobytu na Jamajce.

      Jak wyglądają wyprawy?

      Najdłużej zatrzymujemy się w wiosce Treasure Beach, która jest także moim domem. Jest to także świetne miejsce dla tych, którzy chcą sobie zorganizować podróż na własną rękę. Takie osoby zachęcamy, aby przyjechały prosto do Treasure Beach, tutaj można się „nauczyć” podstaw Jamajki, błędy wynikające z różnic kulturowych nie są bolesne, a lokalni mieszkańcy bardzo chętnie integrują się z przybyszami. Przykładowo, goście, aby zjeść śniadanie, zazwyczaj muszą przejść z domu gościnnego, gdzieś do lokalnej restauracji, spacer trwa, powiedzmy 5 minut. W tym czasie po drodze usłyszą od 10 różnych osób całe spektrum jamajskich pozdrowień. Będzie to: „One Love”, „Respect”, „Respect brother”, “ya mon”, „Bless”, „yes I” oraz inne “good morning”. Każdy ma czas, żeby się zatrzymać i porozmawiać, jest bardzo klimatycznie i bezpiecznie, plaże nie są ogrodzone i to turyści uczestniczą w życiu Jamajczyków, a nie odwrotnie.

      Kim są ludzie, którzy decydują się pojechać z panem na Jamajkę?

      Kiedyś dokonałem bardzo ważnego odkrycia, na którym oparłem strategię rozwoju marki naJamajke.pl. Z organizacyjnego punktu widzenia mamy do wyboru dwa sposoby na urlop. Jest to samodzielna organizacja wypoczynku albo skorzystanie z gotowych wczasów zakupionych w biurze podróży. Z punktu widzenia oczekiwanego doświadczenia natomiast, mamy osoby, które lubią kurorty i hotele typu all inclusive oraz takie, które pragną rzeczywistego doświadczenia prawdziwego oblicza odwiedzanego miejsca. Kiedy zacząłem przyglądać się rynkowi turystycznemu na Jamajce, szybko odkryłem, iż ma ona bardzo bogatą ofertę zorganizowanych wczasów, ale tylko w opcji all inclusive. Nie znalazłem praktycznie żadnej oferty na wycieczkę, która pokazuje prawdziwe oblicze wyspy i jest jednocześnie w pełni zorganizowana tak, aby goście nie musieli już nic robić. Jeżeli zatem ktoś chciał odkryć prawdziwą Jamajkę, był skazany zorganizować sobie wyjazd samemu. Jeżeli natomiast ktoś preferuje, aby zorganizować wszystko za niego, był skazany wyłącznie na opcję all incusive. Zauważyłem też, że sporo osób korzysta z all inclusive tylko dlatego, że nie ma innego wyboru, chętnie doświadczyliby prawdziwej Jamajki, ale nikt tego nie organizuje. Zagospodarowałem więc niszę, która obejmuje prawdziwe doświadczenie prawdziwej Jamajki w sposób w pełni zorganizowany.

      Jak wyglądają przygotowania?

      Moi goście potrzebują jedynie zabrać paszport, pieniądze i wsiąść do odpowiedniego samolotu, ja zajmuję się całą resztą. Ludzie, którzy decydują się pojechać ze mną na Jamajkę, to osoby, które z przeróżnych powodów chcą, aby ich wczasy zostały w pełni zorganizowane przez profesjonalistów. Moi goście więc to osoby, które nie mają czasu, umiejętności, zdolności, nie znają języka, lub po prostu nie mają ochoty samemu się zajmować organizacją wyprawy. Ja zajmuję się dla nich wszystkim – dobieram i kupuję bilety lotnicze, wybieram atrakcje turystyczne, rezerwuję noclegi, wymieniam pieniądze oraz prowadzę całą wycieczkę w języku polskim. Bardzo ważną częścią takiej wyprawy jest edukacja, moi goście uwielbiają opowieści, historie, ciekawostki i rzetelne informacje na temat Jamajki. Staram się im to zapewniać każdego dnia.

      Jaki jest koszt takiej wyprawy?

      Ceny moich wypraw zaczynają się od około dwóch i pół tysiąca dolarów za dwutygodniowy pobyt, w kwocie tej zawarty jest już bilet lotniczy, ponad 20 różnych atrakcji, wszystkie bilety wstępu, lokalni przewodnicy, noclegi, transport i opieka polskojęzycznego pilota/przewodnika, który pozostaje z grupą przez cały czas trwania wyprawy. Goście muszą dodatkowo sami zapłacić za wyżywienie, ubezpieczenie podróży oraz pozostałe wydatki własne. Najdroższa wycieczka kosztuje dwa tysiące dziewięćset dolarów.

      Co znajduje się w ofercie?

      W ofercie mamy kilka programów, z których każdy jest na swój sposób wyjątkowy i określony tematycznie. I tak każdego roku w styczniu odbywa się najlepszy na Jamajce, dwudniowy festiwal muzyki Reggae Rebel Salute, na który zabieramy naszych gości w ramach oferty „Muzyczna wyprawę na Jamajkę z Makenem”. Wyprawa ta bardzo szeroko i głęboko traktuje temat jamajskiej muzyki. Przygotowuję ją i prowadzę wspólnie z Mirkiem Dzięciołowskim, który jest dziennikarzem muzycznym specjalizującym się w jamajskiej muzyce, prezenterem radiowym „Czwórki” Polskiego Radia, booking agentem jamajskich zespołów muzycznych koncertujących w naszym kraju i prawdziwym ambasadorem jamajskiej kultury w Polsce. To człowiek o ogromnej wiedzy muzycznej, zdolnościach organizacyjnych, rozległych znajomościach w branży, świetny przewodnik i pasjonat Jamajki. Dzięki jego obecności odwiedzamy miejsca, które nie są dostępne dla regularnego ruchu turystycznego, spotykamy się ze światowego formatu gwiazdami sceny muzycznej i organizujemy nasze własne imprezy na Jamajce.

      Nie zapomina pan też o Królu Reggae.

      Każdego roku w lutym mamy wyprawę „Śladami Boba Marleya”, której program został zainspirowany życiem i twórczością Króla Reggae. Termin wyprawy dobieramy zawsze tak, aby uczestniczyć w obchodach urodzin Boba Marleya 6 lutego, co jest wspaniałym wydarzeniem kulturowym. Odwiedzamy także jego ulubione miejsca. W ofercie mamy także wyprawę „Święta i Sylwester na Jamajce”, gdzie skupiamy się na imprezach, szaleństwie i zabawie. Jest wyprawa „Wszystkie strony Jamajki”, gdzie pokazujemy różnorodność geograficzną, kulturową, dobre i złe strony Jamajki. W tym roku po raz pierwszy uruchomiliśmy wyprawę „Joga dookoła Jamajki”, gdzie w bogaty program wpletliśmy codzienne zajęcia jogi prowadzone przez profesjonalnego trenera. Wszystkie wycieczki, niezależnie od tematu przewodniego, zawierają także najpiękniejsze miejsca Jamajki, najpopularniejsze atrakcje turystyczne oraz nasze własne perełki, których nie oferują żadne inne biura podróży. Podczas naszych wypraw kilka razy zmieniamy miejsce zakwaterowania, zmieniając co kilka dni miasto pobytu, aby zobaczyć najlepsze atrakcje każdego z nich. W ten sposób nasz zasięg obejmuje całą Jamajkę.

      Czy Jamajka jest bezpiecznym miejscem?

      Internet pełen jest opinii, sądów i stereotypów, z których można wywnioskować, że pobyt poza kurortami turystycznymi to bardziej walka o przetrwanie niż wypoczynek. Niestety, często same kurorty prowadzą politykę strachu i dezinformacji, aby zatrzymać portfele gości u siebie. Na potwierdzenie tej tezy przytacza się liczby, jakoby kraj ten był w światowej czołówce liczby morderstw na jednego mieszkańca. Może tak jest, a może nie. To, że przestępstwa istnieją, jest faktem, a to, że są one poważnym zagrożeniem dla turystów to już tylko opinia, w moim mniemaniu krzywdząca i nieprawdziwa. W mediach jamajskich słyszymy o morderstwach, porachunkach gagów, zuchwałych napaściach i strzelaninach, ale dochodzi do nich głównie w gettach, slumsach i innych dzielnicach ścierania się wpływów przestępczych organizacji i gangsterów. I najczęstszymi ofiarami gangsterów są inni gangsterzy. Zarówno Jamajczycy, jak i turyści w dość prosty sposób mogą ich jednak uniknąć. W takie miejsca po prostu się nie zapuszczajmy, a nie będzie nas to dotyczyć. Do każdej wyprawy należy się przygotować i niech częścią tego przygotowania będzie zgłębienie wiedzy, jakie rejony należy odpuścić. Nie szukajmy zatem przygód w gettach i slumsach, unikajmy nocnych manewrów po terenach, co do których nie mamy zaufania, pytajmy lokalnych mieszkańców o ich opinię i nie prowokujmy nikogo i niczego.

      Czyli turysta może czuć się tam bezpiecznie?

      Turysta jest na Jamajce dużo bardziej bezpieczny niż Jamajczyk. Moim zdaniem jamajskie środowisko przestępcze wie, że angażowanie turystów w swoją kryminalną działalność przysporzy więcej kłopotów, niż jest to warte. Mają świadomość tego, że ryzyko to jest nieopłacalne. Policja ściga takie przypadki z dużo większą stanowczością i determinacją, gdyż sprawy te wiążą się z zaangażowaniem międzynarodowych sił dyplomatycznych krajów poszkodowanego turysty. Turystyka jest na Jamajce jedną z najważniejszych gałęzi gospodarki i zarówno środowiska polityczne, przestępcze, biznesowe, jak i zwykli obywatele mają tego coraz większą świadomość. Jeżeli chodzi o pospolite przestępstwa typu kradzieże i oszustwa, to należy podjąć środki bezpieczeństwa podobne do tych, jakie stosujemy w każdym, nawet własnym kraju. Złodzieje i oszuści są wszędzie, a świadome i odpowiedzialne zachowanie jest w stanie skutecznie nas uchronić przed rolą ofiary tych patologii. Jamajka jest jak najbardziej odpowiednim miejscem do samodzielnego podróżowania, jeśli się odpowiednio przygotujemy.

      Jeśli ktoś jedzie na własną rękę, czy konieczne jest omijanie takich miejsc, jak stolica, czyli Kingston, o której mówi się, że jest szczególnie niebezpieczna? Jak zadbać na Jamajce o własne bezpieczeństwo?

      Jeżeli się podróżuje przez Jamajkę i chce się zgłębić jej kulturę, to Kingston należy zobaczyć obowiązkowo, a najlepiej spędzić tam ze 2 dni. Jest to naprawdę bardzo ciekawe, energetyczne i zjawiskowe miejsce. Oczywiście należy zachować pewne środki bezpieczeństwa. Nie szukajmy przygód w gettach, slumsach i dzielnicach skrajnej biedy i o złej opinii wśród lokalnych mieszkańców. Podróżujmy po Jamajce za dnia, legalnymi środkami transportu z czerwonymi rejestracjami, nie wystawiajmy na widok publiczny pieniędzy, portfeli i rzeczy wartościowych. Nie zostawiajmy wartościowych rzeczy bez opieki. Pamiętajmy, że robiąc zdjęcia „z ukrycia” i bez zgody modela możemy sprowokować niemiłe sytuacje. Jeżeli przebywacie z grupą, nie rozdzielajcie się i pilnujcie siebie nawzajem. Jeżeli wynajęliście samochód, nie zostawiajcie go z zapalonym silnikiem, nie zabierajcie autostopowiczów, jeździcie po lewej stronie i blokujcie zamki. Nie zapraszajcie obcych do pokoju hotelowego, zachowajcie podstawowe środki bezpieczeństwa, a wszystko będzie w porządku. Kingston może się podobać albo nie, ale z pewnością warto je zobaczyć.

      Ma pan swoje ulubione miejsca na Jamajce?

      Oczywiście, że mam swoje ulubione miejsca, atrakcje oraz wydarzenia na Jamajce. Ulubione miejsce to cudowna wioska Treasure Beach na południowym wybrzeżu Jamajki, gdzie mieszkam i prowadzę swoje własne biuro podróży. To prawdziwa perełka wśród uroczych jamajskich wsi. Bardzo gościnni i otwarci mieszkańcy witają każdego przyjezdnego z radością, pozwalając uczestniczyć mu w swoim codziennym życiu. Tutaj czas płynie powoli i spokojnie. Skąpana w słońcu wioska pulsuje w rytmie kojących dźwięków muzyki reggae, oczarowuje pozytywną energią Jamajczyków i piękną przyrodą. Pobyt w Treasure Beach uatrakcyjniają spontanicznie organizowane zabawy, koncerty, ogniska na plaży czy wieczorne opowieści snute w barach przy grze w domino. Treasure Beach to miejsce odwiedzane przez podróżników pragnących odkryć prawdziwe oblicze Jamajki. Trafiają tutaj ludzie, którzy chcą poznać jej kulturę, integrując się z mieszkańcami i odpoczywając od zgiełku popularnych kurortów turystycznych. Osobiście czuję się tutaj znacznie bezpieczniej niż w Polsce, śpię przy otwartych drzwiach, spaceruję o każdej porze dnia i nocy i jestem w pełni akceptowany przez lokalnych mieszkańców, czuję się wśród nich naprawdę świetnie. Bardzo podobnie czuję się w Górach Błękitnych, gdzie spędzam parę miesięcy w roku. Lubię Kingston, do którego zawsze chętnie wracam. Moje ulubione atrakcje turystyczne to wycieczka łodzią rybacką z Treasure Beach do rzeki Black River, Life Yard w Kingston, plantacje kawy w Górach Błękitnych. Lubię też odkrywać nowe miejsca i zapuszczać się w rejony, gdzie nie docierają żadni turyści i to ja jestem atrakcją dla lokalnych mieszkańców.

      Jamajka kojarzy się ze słońcem, muzyką reggae i ewentualnie – niektórym – z marihuaną. Jak bardzo w rzeczywistości te rzeczy charakteryzują wyspę?

      To poniekąd prawdziwa charakterystyka wyspy. Słońce świeci codziennie, nawet jeśli pada deszcz, to bardzo rzadko trwa on cały dzień. Myślę, że 90 procent muzyki, jakiej słuchają Jamajczycy to ich własna muzyka – reggae oraz dancehall, słyszymy ją na każdym kroku i jest nierozerwalnie związana z jamajską kulturą oraz codziennym życiem. Częściej widzimy ludzi palących marihuanę niż tych, którzy palą papierosy, są one znacznie mniej popularne, a także droższe od „świętego ziela”. Oceniam, iż marihuany regularnie używa ponad połowa społeczeństwa, przy czym znacznie więcej mężczyzn niż kobiet. Jest ona także elementem sakralnym kultury Rastafarian, których jest całkiem sporo na Jamajce.

      Czy faktycznie Jamajczycy wyznają zasadę „no problem”?

      Sformułowanie „no problem” jest bardzo popularnym zwrotem na Jamajce, ale osobiście wzmagam swoją czujność, nie powoduje on, że jestem spokojniejszy, kiedy go słyszę. Czasami w ten sposób Jamajczycy reagują, kiedy właśnie pojawił się jakiś problem. Na ogół nie mają oni problemu z niczym, nawet z tym, że jest problem i chyba bardziej tak należy rozumieć to sformułowanie. Oczywiście usłyszymy je bardzo często, jako zgodę lub potwierdzenie tego, z czym przyszliśmy do Jamajczyka. Czy możemy negocjować cenę pamiątek? – „no problem, mon”. Nie mamy drobnych pieniędzy, żeby zapłacić za zakupy, a Jamajczyk nie ma wydać – możemy zostawić mu resztę, „no problem”. Często, kiedy za coś dziękujemy, w odpowiedzi usłyszymy „no problem”. No problem obejmuje zarówno zgodę, jak i brak zgody, kłopoty oraz rozwiązania, brak problemu z tym, że jest problem oraz rzeczywisty brak problemu. Można usłyszeć ten zwrot w wielu różnych sytuacjach, warto być czujnym.

  • Mamo pracuj! Portal dla mam i pracodawców

    • – Pracodawcy często podkreślają, że cenią w swoich firmach kobiety – matki, jako te które potrafią pracować w zespołach, łagodzić konflikty, są zaangażowane i efektywnie pracują. Mamy cenią swój czas i nie chcą zostawać po godzinach, więc pracują szybko. Potrafią też działać pod presją czasu, lepiej nim zarządzają i potrafią robić wiele rzeczy równocześnie. Nie chodzi tutaj o równoczesne wykonywanie czynności, ale mądre gospodarowanie czasem – opowiadają Ewa Moskalik – Pieper, Joanna Gotfryd i Agnieszka Czmyr – Kaczanowska z portalu „Mamo pracuj” łączącego pracodawców z mamami.

      Bliżej Biznesu:– Czy trudno przekonać pracodawców do tego, że mama może być wartościowym pracownikiem?

      Agnieszka Czmyr – Kaczanowska:– Kiedy 7 lat temu zakładałyśmy z Joanną Gotfryd portal www.mamopracuj.pl, to miałyśmy taką misję i po części to robiłyśmy, ale szybko okazało się, że to nie tak. Nie da się kogoś przekonać do dość oczywistych rzeczy. To trochę jak dyskusja o światopoglądzie. My możemy mówić, że mamy są zaangażowane, efektywne w pracy i lojalne, ale jeśli ktoś jest mocno przekonany, że “matka to same kłopoty” to na nic się zdadzą nasze argumenty. Albo się to rozumie, albo nie. Natomiast świadomość pracodawców odnośnie potrzeb pracowników bardzo wzrosła w ostatnich latach. I choć stereotyp dotyczący kobiet, czy matek pracujących, od czasu do czasu daje o sobie znać, to pracodawcy, którzy dzisiaj mają ogromne trudności ze znalezieniem osób do pracy, doskonale wiedzą, jak ogromną wartością są dla nich pracownice, które mają doświadczenie macierzyństwa. Pracodawcy często podkreślają, że cenią w swoich firmach kobiety – matki, jako te które potrafią pracować w zespołach, łagodzić konflikty, są zaangażowane i efektywnie pracują. Mamy cenią swój czas i nie chcą zostawać po godzinach, więc pracują szybko. Potrafią też działać pod presją czasu, lepiej nim zarządzają i potrafią robić wiele rzeczy równocześnie. Nie chodzi tutaj o równoczesne wykonywanie czynności, ale mądre gospodarowanie czasem.

      Jakich argumentów można użyć w rozmowie z pracodawcą?

      Agnieszka Czmyr – Kaczanowska:– Dość często powtarzam, że młode pokolenie tzw. millenialsów zrobiło wiele dobrego na rynku pracy. To pokolenie, które wie, czego potrzebuje i pracodawcy nie mają wyjścia, muszą otwierać się na różne alternatywne sposoby pracy: telepraca, kawałki etatów czy elastyczność – wszystko po to, aby sprostać oczekiwaniom młodszych pokoleń. A właśnie elastyczność i zrozumienie to klucz do tego, aby dało się łączyć życie rodzinne i zawodowe. Słowem, jeśli pracodawca będzie przyjazny rodzicom, to i każdemu innemu pracownikowi, więc wszyscy na tym zyskują.

      Co oznacza pojęcie praca elastyczna?

      Agnieszka Czmyr – Kaczanowska:– To taka praca, która dopasowuje się do grafiku – mówiąc o mamach, rodzicach – do potrzeb rodziców.

      Czy mówimy tylko o pracy zdalnej?

      Agnieszka Czmyr – Kaczanowska:– Zależnie od potrzeb – może to być np. elastyczne rozpoczynanie godzin pracy: kiedy są korki na drogach, a przed pracą trzeba zawieźć dzieci do placówek i nie da się tego przyspieszyć, albo tuż przed wyjściem z domu będzie akcja typu: “nie ta kurtka, nie te buty” – rodzic będzie wiedział, o czym mówię. A czas leci – nie da się czasem po prostu zdążyć na daną godzinę, choćby się było najlepiej na świecie zorganizowanym człowiekiem. Wtedy możliwość przyjścia do pracy np. między 7 a 10 daje przestrzeń na takie akcje. To daje ogromny komfort i brak nerwów typu “znowu się spóźniłam, inni krzywo patrzą, będę miała/miał kłopoty”. Elastyczne godziny pracy to także sytuacja, w której raz pracuję od 9 – 17, innym razem od 7 – 15, bo wtedy mam odebrać dziecko z przedszkola. Albo jeszcze inaczej: trzeba wyjść z pracy na przedstawienie w żłobku, to wyjdę, bo to najważniejsze przedstawienie na świecie, ale potem wrócę do pracy lub dokończę ją w domu wieczorem. I tak dochodzimy do telepracy. Ona też może mieć wiele opcji: praca zdalna w stu procentach – czyli pracuję wyłącznie z domu, częściowa praca zdalna – czasem bywam w biurze, a czasem pracuję w domu. A także możliwość pracy zdalnej w wybrane dni tygodnia czy miesiąca.

      Zdarzają się również sytuacje nagłe.

      Agnieszka Czmyr – Kaczanowska:– Jedyne stałe w życiu rodzica jest to, że na pewno wydarzy się coś, czego nie jest się w stanie przewidzieć. Dzieci chorują, po prostu i to najczęściej okazuje się rano. A tak już w Polsce mamy, co też się powoli zmienia, że to na barkach mam spoczywa większość zagadnień związanych z dziećmi i domem. Stąd elastyczność pracodawcy jest tutaj kluczowa. Bo czy można oczekiwać od mamy, której dziecko właśnie choruje, że zostawi je samo w domu i pojedzie do pracy? Oczywiście, że dziecko najczęściej ma także tatę i pewnie to kwestia uzgodnień, ale ktoś jednak musi jechać. Opiekę trzeba jakoś zorganizować. A potem można zająć się pracą.

      Ile firm obecnie znajduje się w bazie?

      Ewa Moskalik – Pieper:– W naszej Bazie Pracodawców Przyjaznych Mamie mamy w tym momencie 12 pracodawców. Każdy nowy profil nas bardzo cieszy. Ale oczywiście to nie oznacza, że tylko tylu przyjaznych pracodawców jest w Polsce (śmiech). Po prostu jeszcze o nas nie wiedzą.

      Czy trudno przekonać firmę, żeby znalazła się w takiej bazie?

      Ewa Moskalik – Pieper:– Ważne jest to, że my nikogo nie przekonujemy. To firmy same o to zabiegają, bo wiedzą, że to dla nich wartość. Chcą pokazać, jakie działania podejmują, aby rodzice czuli się w pracy dobrze, bezpiecznie. To także okazja do opowiedzenia o swoich benefitach, oczywiście nie tylko dla rodziców, ale dla każdego pracownika.

      Jak wygląda proces szukania przez mamy pracodawcy w bazie?

      Agnieszka Czmyr – Kaczanowska:– To dość proste. Wspólnie z pracodawcą przygotowujemy tekst do profilu pracodawcy w Bazie Pracodawców Przyjaznych Mamie, opowiadamy o tym, w jaki sposób firma wspiera mamy – rodziców, kogo szuka do pracy, a także czym się zajmuje, w jakiej branży działa. Piszemy także o kulturze organizacyjnej firmy. Pod profilem można znaleźć oferty pracy danego pracodawcy. Bazę przeglądają mamy, które szukają pracy świadomie, wybierając sobie potencjalnych pracodawców. Wtedy jest im łatwiej aplikować na oferty pracy, przynajmniej wiedzą, że fakt posiadania dzieci nie będzie przeszkodą, wiedzą, na jakie elastyczne rozwiązania mogą liczyć. Organizujemy także spotkania i Dni Otwarte u tych pracodawców, dzięki czemu mamy mogą poznać pracodawcę od środka. To daje ogromną przewagę w późniejszych rozmowach kwalifikacyjnych. To także jest spójne z tym, czego uczymy mamy na naszym kursie on–line poszukiwania pracy dla mam. Uczymy m.in. tego, że szukanie pracy warto zacząć od wybrania sobie kilku pracodawców, dla których chciałoby się pracować i od nich zaczynać, a nie od przypadkowego wysyłania CV gdziekolwiek. Jeśli potrzebujemy elastyczności, to szukajmy pracy w firmach, które ją oferują.

      Które formy zatrudnienia, pracy elastycznej są dla mam najkorzystniejsze i najbardziej wygodne?

      Joanna Gotfryd:– Na pewno dużym ułatwieniem są elastyczne godziny pracy – czyli możliwość rozpoczęcia pracy o dowolnej godzinie, np. między 7 a 10 i praca odpowiednio do 15 lub 18. Wtedy, mama może spokojnie pójść z dzieckiem do lekarza, np. na 8.30, albo obejrzeć występy w przedszkolu o 15.30. Pół etatu, czy inny, mniejszy wymiar czasu pracy to dobre rozwiązanie dla mamy, która nie chce “iść na głęboką wodę” zaraz po urlopie macierzyńskim i chce “stopniowo” wrócić do pracy. Praca zdalna to dobre rozwiązanie dla osób, które są zdyscyplinowane i nie potrzebują towarzystwa innych osób, żeby dobrze czuć się w pracy. W końcu – wiele mam po przerwie związanej z urodzeniem dziecka decyduje się na założenie własnej firmy – chcą realizować swoje pomysły i w ten sposób spełniać się zawodowo, zapewniając sobie pełną elastyczność pracy.

      Jakie są niebezpieczeństwa pracy zdalnej z domu?

      Joanna Gotfryd:– Praca zdalna ma dużo plusów, ale nie brakuje też i minusów. To niebezpieczeństwo “bycia w pracy non stop” i odpowiadania na maile bez przerwy, ale także nieefektywnej pracy i załatwiania różnych spraw w godzinach pracy – a to jeszcze tylko włączę pralkę, a to powieszę pranie, a to nastawię obiad, niech się gotuje. Nasi bliscy też mogą zlecać nam różne sprawy, bo przecież jesteśmy w domu. Potrzebny jest wyraźny sygnał dla siebie samej i rodziny – teraz jestem w pracy, nie zajmuję się sprawami domowymi – nawet jeśli fizycznie jesteś np. za drzwiami w sypialni.

      Mając małe lub trochę większe dzieci, zdaniem wielu mam, taka praca bywa uciążliwa.

      Joanna Gotfryd:– Jeśli chodzi o pracę zdalną z dziećmi – to niestety to nie działa. Kiedy my w zespole „Mamo Pracuj” pracujemy – nasze dzieci są w przedszkolach i szkołach albo z nianią. Co do zasady pracujemy bez dzieci, bo prawdą jest, że praca z dzieckiem w domu jest po prostu nieefektywna. I budzi frustrację zarówno mam, jak i dzieci. Oczywiście są sytuacje wyjątkowe – dziecko nie może iść do przedszkola, jest przeziębione, albo są dni bez nauki w szkole, tak jak np. 2 listopada i dzieci są pod naszą opieką. I od czasu do czasu oczywiście da się, ale nie na co dzień.

      Z jakimi problemami muszą się borykać mamy, które chcą wrócić na rynek pracy?

      Joanna Gotfryd:– Każda mama ma inną historię, dla każdej co innego jest wyzwaniem. Jednym z wyzwań jest brak opieki do dziecka, kiedy mama wróci do pracy – brakuje miejsc w żłobkach państwowych, prywatne często kosztują zbyt wiele. Albo niezrozumienie najbliższej rodziny, że kobieta, która do tej pory miała cały dom i rodzinę na głowie, teraz, wracając do pracy, nie jest w stanie – i nie powinna – dalej sama się w domu wszystkim zajmować. Powrót mamy do pracy to zadanie dla całej rodziny. Na pewno trzeba to omówić w gronie najbliższych, wypracować nowy podział obowiązków, kwestię opieki do dzieci, kiedy te np. będą chorować. Czasem mamy wracając do pracy, dowiadują się, że ich stanowisko zostało zlikwidowane, albo wkrótce dostają wypowiedzenie. Czasem “nic się nie dzieje”, ale mama nie chce już pracować na pełen etat, gdyż, wliczając w to dojazdy, nie ma jej w domu po 10 – 11 godzin dziennie. Kiedy jej dziecko jest małe, chce spędzać z nim więcej czasu. A np. pracodawca nie chce zgodzić się na zmniejszenie etatu albo przy danym stanowisku to nie jest możliwe.

      A z jakimi problemami wy się borykałyście? Czy napotkane trudności były inspiracją przy tworzeniu tego portalu?

      Ewa Moskalik – Pieper:– Portal powstał z potrzeby. Agnieszka z Asią chciały stworzyć miejsce do pracy dla siebie, dla kobiet, które tak samo poszukują swojego miejsca do pracy, takiej, która pozwoli łączyć im rozwój zawodowy z macierzyństwem. Agnieszka po wielu latach doświadczeń z pracą zdalną wiedziała, że jest to dobra droga do łączenia życia rodzinnego i zawodowego, natomiast Asia po urodzeniu drugiego dziecka, nie mogła wrócić do swojej poprzedniej pracy. I tak powstał portal, dziś również miejsce pracy dla mnie, Ani i jeszcze dwóch Agnieszek.

      Jak wyglądały początki biznesu? Co było najtrudniejsze? Co było największym zaskoczeniem?

      Joanna Gotfryd:– Kiedy zakładałyśmy portal, nie miałyśmy wcześniej żadnej wiedzy, jak prowadzi się biznes online. Zresztą pod koniec 2011 roku biznesy online nie były zbyt rozpowszechnione. Większości uczyłyśmy się na bieżąco, również na własnych błędach. Ale kiedy biznes już przynosił zyski, zdecydowałyśmy się założyć fundację, aby otwarcie mówić o naszej misji społecznej przy równoczesnym korzystaniu z wypracowanego modelu biznesowego. Dzięki temu możemy się rozwijać, działać zarówno biznesowo, jak i społecznie i wspierać tysiące mam, które chcą pracować.

      Agnieszka Czmyr – Kaczanowska:– Zmierzyłyśmy się także z falą niezrozumienia, zarówno ze strony pracodawców – choć to tylko na początku – ale także innych osób, powiedzmy obserwatorów. Ci obserwatorzy, dość głośno wyrażali swoje zdziwienie i niezrozumienie dla samego pomysłu: “ale jak to, dlaczego akurat mamy potrzebują takiego wsparcia, przecież w pracy są pracownikami, a nie mamami?” albo “no, ale ja też jestem rodzicem [to mówi mężczyzna] i nie rozumiem, o co chodzi, przecież to normalne, że kobieta zajmuje się dziećmi i domem”. Na szczęście ten etap mamy już za sobą. Dzisiaj to pracodawcy sami się do nas zgłaszają, a jeśli ktoś uważa, że nasze działania są mało potrzebne, to zachęcamy do kontaktu z tymi kobietami, które piszą do nas listy, dziękując nam za to, co robimy (uśmiech).

      Ile osób obecnie liczy zespół? Czy są to głównie mamy?

      Joanna Gotfryd:– Nasz zespół liczy 6 osób, z czego 5 z nas jest mamami. Mamy łącznie 11 dzieci w wieku od 2 do 12 lat!

      Inspirujecie, edukujecie, motywujecie. Na portalu pojawiają się teksty z prawa pracy, psychologii czy historie sukcesów.

      Ewa Moskalik – Pieper:– Wiemy od naszych czytelniczek, że portal jest dla nich ogromnym źródłem wiedzy, wiemy, że ufają nam i wielokrotnie zdarza się, że kierują się do nas z bardzo konkretnymi pytaniami. Można powiedzieć, że działamy w symbiozie z naszymi czytelniczkami, bo tak jak my jesteśmy dla nich źródłem wiedzy i inspiracji, tak one są dla nas motywacją do działania, do tworzenia nowych treści, materiałów, kursów. Najbardziej inspirujące są zawsze historie sukcesów – i to zarówno dla czytelniczek, jak i dla pracodawców. Dla jednych i drugich to silna motywacja do działania, do zmian. Trochę jak samonapędzające się “koło fortuny”.

      Gdzie pracujące mamy mają największe szanse na elastyczny czas pracy – w małych firmach czy w dużych korporacjach, które czerpią inspirację z zachodu?

      Agnieszka Czmyr – Kaczanowska:– W każdej firmie, gdzie panuje zrozumienie, zaufanie i otwartość. Bo nie ma znaczenia czy to mała firma, czy też globalna korporacja. Wszystko zależy od podejścia, zrozumienia dla dość szczególnej sytuacji, w jakiej są pracujące mamy – rodzice – i otwartości na elastyczne formy pracy. Warto pamiętać, że wszyscy na tym korzystają – zarówno pracownicy, jak i pracodawca. W naszym dziale ofert pracy są znane, globalne marki, jak i niewielkie organizacje pozarządowe, małe firmy jednoosobowe, a także średnie przedsiębiorstwa.

      Czy wyróżnienie przyznane portalowi w ramach programu „Społeczny StartUp” pomogło w jego rozwinięciu?

      Joanna Gotfryd:– Oczywiście! Między innymi dzięki temu grantowi zdecydowałyśmy się na powiększenie zespołu i nawiązanie współpracy z kolejną osobą. To przełożyło się na kolejne pomysły Fundacji i ich realizacje.

      Agnieszka Czmyr – Kaczanowska:– Miło jest także poczuć się docenionym za pracę. To było dla nas ważne wyróżnienie i duża motywacja do działania.

      Co przekonuje firmy do podjęcia z wami współpracy?

      Agnieszka Czmyr – Kaczanowska:– Chyba trzeba byłoby zapytać te firmy (śmiech). Ale myślę, że to nasza społeczność mam, które chcą pracować, to, że mówimy też do kobiet takich, jak my. Często słyszymy, że nasze działania są autentyczne. To też bardzo ważne. Stale prowadzimy dialog z mamami, naszymi czytelniczkami, spotykamy się z nimi, organizujemy kursy dla mam. Miesięcznie nasz portal odwiedza ponad 100 tysięcy kobiet z całej Polski i nie tylko. Czytają nas mamy i nie mamy. Piszą do nas, że “choć nie jestem mamą, to do was zaglądam, bo chcę wiedzieć, jak połączyć bycie mamą z aktywnością zawodową, chcę się do tego przygotować”. I to też jest super.

  • Kolekcjoner ziół. Ma największą uprawę w Polsce

    • – Wszystko zaczęło się od mięty. Pamiętam, jak babcia parzyła mi miętę na bolący brzuch. Zainteresowany bogatym aromatem, zacząłem się jej bliżej przyglądać. Chciałem poznać inne jej odmiany. Nie miałem jeszcze wtedy świadomości w jak ogromny i do tej pory do końca niepoznany świat wchodzę – opowiada Michał Dewódzki, właściciel Ogrodów Ziołowych w Bielanach Wrocławskich.

      Bliżej Biznesu:– Pana rodzice podobno poznali się na Akademii Rolniczej we Wrocławiu. Można zatem powiedzieć, że zamiłowanie do ogrodnictwa ma pan zapisane w genach.

      Michał Dewódzki:– Tak, rodzice poznali się podczas studiów i oboje ukończyli kierunek rolniczy z tytułami magister inżynier. Niedługo po ślubie, po ukończeniu studiów, w 1985 r., postanowili wspólnie stworzyć Centrum Kwiatowe – jedno z pierwszych w Polsce. W tym samym roku przyszedłem na świat.

      Pomagał pan rodzicom przy pracach ogrodniczych?

      Na początku, jako mały chłopiec zajmowałem się głównie „buszowaniem” w tunelach foliowych wypełnionych rosnącymi pomidorami, które były znacznie wyższe ode mnie. Pasja do natury, roślin zaczęła się w wieku kilkunastu lat, kiedy to potrafiłem już odróżniać konkretne gatunki kwiatów oraz ziół. Pamiętam mój ówczesny zachwyt nad zapachem heliotropu oraz kilku pierwszych dostępnych u nas w Centrum Kwiatowym odmian mięty. Oczywiście rodzice byli świadomi tego, jak ciężkim i wymagającym zajęciem jest praca w ogrodnictwie, dlatego też widząc, że coraz więcej uwagi poświęcam roślinom, próbowali zachęcić mnie do sprawdzenia się w innych dziedzinach.

      Studiował pan zarządzanie w biznesie i marketing. Po drodze był sklep z ekskluzywną modą męska, potem pisanie tekstów reklamowych. Czemu zrezygnował pan z tych zajęć?

      Jestem osobą z rozwiniętym wyczuciem estetycznym. Zajmując się modą męską, czułem się bardzo swobodnie w doborze i komponowaniu kreacji dla moich klientów, dodatkowo poza warstwą wizualną interesowały mnie także zapachy, które równie trafnie potrafiłem rozpoznać i polecić. Po uzyskaniu dyplomu z zarządzania w biznesie i marketingu zauważyłem, że mając do dyspozycji elementy takie jak pasja do roślin, wiedza marketingowa, zmysł estetyczny, dobre powonienie oraz, co najważniejsze, miejsce i wsparcie merytoryczne rodziców, będę w stanie wykreować coś, czego jeszcze w Polsce nie było, przy czym nie chciałem kopiować niczyich pomysłów na biznes. Zawsze miałem i mam do dzisiaj nieodpartą potrzebę oryginalności. I tak piękno dostrzegam w rosnących pod moim okiem roślinach, mogę niemal codziennie napawać się ich aromatem, zdobytą na studiach wiedzę teoretyczną przekładam na realne działania w mojej firmie – Ogrodach Ziołowych. Można powiedzieć, że nie zrezygnowałem z niczego, na czym mi naprawdę zależało.

      Jak narodziło się zamiłowanie do ziół?

      Wszystko zaczęło się od mięty. Była ona pierwszym ziołem, które potrafiłem zidentyfikować jako dziecko. Pamiętam, jak babcia parzyła mi miętę na bolący brzuch. Rodzice już w latach 90. posiadali parę odmian tego zioła. Zainteresowany bogatym aromatem, zacząłem się jej bliżej przyglądać. Chciałem poznać inne jej odmiany. Nie miałem jeszcze wtedy świadomości w jak ogromny i do tej pory do końca niepoznany świat wchodzę. Do dzisiaj, co rusz to odnajduję w różnych zakątkach świata kolejne mięty, które dołączam do mojej kolekcji. Oprócz mięty zacząłem kolekcjonować inne gatunki ziół i kolekcjonowanie jest właściwym w tym przypadku słowem. Kilkadziesiąt odmian tymianków, szałwii, oregano, czy bazylii to tylko niewielki wycinek, który sprawia, że bliżej mi do kolekcjonera niż do rasowego handlarza. Oczywiście wszystkie rośliny dostępne w Ogrodach Ziołowych są przeze mnie uprawiane i sprzedawane miłośnikom ziół na terenie Polski. Każda nowa odmiana to moja ciekawość i ekscytacja.

      Od jakich upraw zaczął pan swój biznes?

      Pierwsze zioła sprzedawane w Centrum Kwiatowym w Bielanach to mięta zielona, mięta wonna, mięta długolistna i mięta pieprzowa. Do tego rośliny przyprawowe jak tymianek, parę odmian oregano, szałwii, rozmarynu, bazylii, lubczyk, pietruszka, szczypiorek, cząber górski i hyzop. Kilkanaście lat temu postanowiłem wydzielić osobne miejsce na sprzedaż tych sadzonek, aby kupujący nie musieli szukać ziół pośród kilkuset odmian kwiatów i bylin dostępnych w firmie. Klientom bardzo się to spodobało. Następnie zaczęliśmy przygotowywać kompozycje ziołowe w wiklinowych koszach i skrzynkach na balkony. Wtedy było to bardzo nowatorskim pomysłem, aby przekonać ludzi, że nie tylko piękne pelargonie i surfinie mogą zdobić parapety lub tarasy, ale także aromatyczne i użyteczne zioła. Cała uprawa ziołowa nie przekraczała wówczas nawet 1/10 foliowego tunelu. Centrum Kwiatowe w Bielanach znajduje się na 24 arach. Z tego około 10 arów zajmuje 5 tuneli foliowych, w których mieści się prawie tysiąc odmian roślin. Miejsce jest więc bardzo ograniczone i każda nowinka musi być dokładnie przemyślana. Oprócz tuneli mamy też drewniane pergole zapełniane w sezonie doniczkami z roślinami. 7 lat temu z pomocą brata stworzyłem stronę i sklep internetowy www.ogrodyziolowe.pl, gdzie o każdej wystawionej na sprzedaż sadzonce można przeczytać ciekawe i praktyczne informacje oraz zobaczyć jak wygląda.

      Czym się różnią supermarketowe rośliny od tych uprawianych przez pana?

      Zioła sprzedawane w supermarketach to najpopularniejsze, podstawowe odmiany. Pochodzą z siewu, a więc można je uprawiać praktycznie bez dotyku ludzkich dłoni. W milionach egzemplarzy, w sztucznym świetle i stale wysokiej temperaturze wyrastają w jednym celu – do natychmiastowej konsumpcji. Nie znają zmian atmosferycznych, zmiennej długości dnia i nocy, wahań temperatury, silnego wiatru czy deszczu. Jednym słowem, nie są zahartowane. Kiedy więc trafiają do domu, powinny być w tym samym dniu zużyte. Zioła kupione u ogrodnika mają przetrwać co najmniej miesiące. Z rozbudowanym systemem korzeniowym, wcześniej przycinane wielokrotnie, aby je wzmocnić, mają wytrzymać parę dni suszy, przelanie, burzę nad ogrodem.

      Miał pan propozycje sprzedaży swoich ziół do dużych marketów, dlaczego się pan nie zgodził?

      Od początku postawiłem na różnorodność. Sprzedaję owoce mojej pasji, autorską kolekcję. Nie wszystkie zioła są znane klientom. Niektóre rzadkie rośliny sprzedają się w liczbie kilkunastu sztuk. Chcę je jednak mieć. Gdybym postawił na czysty handel, ograniczyłbym się do 20 gatunków w dużych ilościach. Ale nie o to tu chodzi.

      Ile sadzonek ma pan obecnie w ofercie?

      Obecnie kolekcja Ogrodów Ziołowych liczy ponad 500 odmian ziół, z tego 200 to same mięty.

      Skąd fascynacja akurat tą rośliną? Co ona ma takiego w sobie? I czym różnią się poszczególne odmiany mięty?

      Każda mięta różni się smakiem, zapachem lub wyglądem. Choć dla laika rozróżnienie ich może być bardzo skomplikowane. Mięty występują wszędzie oprócz biegunów. Używane są od tysięcy lat. Ślady mięty odnaleziono w grobowcach faraonów, wspominano w Biblii. Mięta jest rośliną, z której uzyskuje się największe ilości olejków eterycznych na świecie. Pierwotne odmiany mięty z czasem zaczęły się ze sobą krzyżować, tworząc nowe. I tak z krzyżówki mięty wodnej oraz mięty zielonej powstała mięta pieprzowa. Pierwszy raz została sklasyfikowana w 1696 roku w Anglii. Coraz bardziej popularna mięta „Mojito” to krzyżówka mięty zielonej i mięty wonnej. W ten sposób powstają setki odmian tej aromatycznej rośliny. Dzięki temu mamy teraz mięty pachnące cytrusami, bananem, truskawką, czekoladą, eukaliptusem czy bazylią. Możemy przebierać w miętach bardzo mocnych pieprzowych lub słodkich i delikatnych. Oprócz kolekcjonowania sadzonek poszukuję i zbieram też ryciny ze starych botanicznych ksiąg. Niektóre spośród setek kartek mają ponad 500 lat! To pierwsze na świecie drukowane zielniki z kolorowymi drzeworytami mięty, skatalogowanymi przez najwspanialszych botaników, zielarzy, lekarzy czy innych naukowców. To również element mojej pasji. Czytanie, jak setki lat temu odkrywano i spisywano właściwości popularnych dziś roślin. Przy takiej różnorodności nowa odmiana to czasem niezauważalna dla laika inna woń bądź kolor kwiatu, przebarwienie na listku, które można dalej powtórzyć. Niektóre odnalezione w Australii mięty są do tej pory zagwozdką dla naukowców. Spierają się oni o to, czy daną roślinę można zakwalifikować do tego samego gatunku. Krzyżówki mięt to dzieło natury lub umyślne działanie ogrodników. Po wielu latach zaobserwowałem ciekawą anomalię na jednej z mięt, która powtarza się w kolejnych sadzonkach pochodzących od tego matecznika. Istnieje zatem możliwość, że już niebawem będę mógł przedstawić odmianę, która powstała w Bielanach Wrocławskich.

      Kiedy pracy jest najwięcej? Kiedy ma pan chwilę wytchnienia? Jak wygląda pana dzień?

      Aby móc sprzedawać rośliny na początku sezonu, czyli w marcu, wymaga to ode mnie co najmniej 3 miesięcy wytężonych prac przygotowawczych. Od marca do sierpnia trwa zwykle w Polsce sezon na kupowanie ziół. Podkreślam w Polsce, ponieważ praca ta jest w ogromnym stopniu uzależniona od sytuacji pogodowej. Wówczas pobudka zaczyna się razem ze wschodem słońca, a dzień pracy kończy się wraz z jego zachodem. Codzienna pielęgnacja roślin, czyli podlewanie, podcinanie, przesadzanie i obsługa klientów oraz zamówień internetowych zajmuje co najmniej kilkanaście godzin dziennie. Większość obowiązków przy ziołach wykonuję sam. Urlop najczęściej zaczynam we wrześniu lub październiku. Staram się połączyć przyjemne z pożytecznym i jeśli jest to możliwe, przywożę nowe odmiany z miejsca wypoczynku. Ostatni pobyt na greckiej Kefalonii zaowocował powiększeniem się kolekcji mięt i oregano o parę okazów.

      Kim są pana klienci? Co kupują najczęściej?

      Ogrody Ziołowe są od lat miejscem spotkań miłośników i przyjaciół ziół z całej Polski, a także krajów ościennych. Często pasjonaci przyrody wyszukują informacje w internecie o ciekawych okazach poznanych podczas zagranicznych podróży i odnajdują w ten sposób moją stronę internetową. Tak trafiają do Bielan lub kupują wysyłkowo. Moi klienci przyzwyczaili się już do tego, że co roku oferta jest poszerzana o nowe, niekiedy rzadko spotykane zioła z różnych stron świata. Lubią eksperymentować z nieznanymi dotąd smakami w kuchni oraz cieszyć oczy nowymi kolorami w ogrodzie. Cieszy mnie też, że przychodzą do mnie młodzi klienci, którzy wpadli na chwilę po bazylię i oregano do pizzy lub świeżą miętę do lemoniady.

      Jakich ziół używa pan na co dzień?

      Nie wyobrażam sobie dziś jakiejkolwiek potrawy bez użycia świeżych ziół. Czy to będzie zupa, spaghetti, pizza, kotlet z ziemniakami, czy słodki deser. Zwykle w lodówce mam na świeżo przygotowane masło ziołowe z autorską kompozycją ziół oraz pyszną lemoniadę z dodatkiem mięty, werbeny lub bazylii.

      Można w Polsce żyć z uprawy ziół?

      Kolekcja Ogrodów Ziołowych jest stale powiększana, co wymaga coraz większych nakładów pracy i uwagi. To praca na co najmniej jeden etat. Gdyby nie zamiłowanie do przyrody, pasja, ciężko byłoby wytrwać przy tym zajęciu. Dzięki tej ziołowej pasji jestem w stanie połączyć hobby z zarabianiem na życie.

      Ma pan największą uprawę w Polsce. Co teraz?

      Chciałbym, aby Ogrody Ziołowe były traktowane jak herbarium, ogród botaniczny, atrakcja dla ludzi, dla których będzie to miła odskocznia od zgiełku miasta czy betonowych centrów handlowych. Gdzie również pszczoły odnajdą życzliwe im miejsce.

  • Drewniane wanny ze Strzelina

    • – Dostaliśmy specjalne zlecenie na przyciemnienie koloru Orzecha Amerykańskiego tak, żeby wanna wydawała się prawie całkiem czarna. Była też wanna niespodzianka wykonana dla żony klienta na dziesięciolecie ślubu. Mieliśmy klienta, który dziennie spędza minimum 1,5 godziny w wannie, dlatego potrzebował wanny, na której mógłby rozkładać całe domowe biuro – opowiada Leszek Kostyszak z Unique Wood Design. Firma ze Strzelina, której początki sięgają 1979 roku, zaczynała od budowy drewnianych łodzi wiosłowych, a następnie jachtów. Dziś produkuje m.in wanny, które zamawiane są na całym świecie.

      Bliżej Biznesu:– 10 lat temu zamknęliście się w warsztacie. Po kilku miesiącach powstała pierwsza, drewniana wanna. Taki był plan, czy to dzieło spontanicznego przypadku?

      Leszek Kostyszak:– Znajomy stolarz podsunął pomysł wykorzystania technologii jachtowej do produkcji mebli łazienkowych. Od razu pomyśleliśmy o wannie. Szacowaliśmy czas wykonania na jeden miesiąc, a zeszło pięć. Kiedy jednak zobaczyliśmy efekt końcowy, stało się jasne, że będzie to więcej niż tylko kolejny, ciekawy projekt.

      Jak wyglądały te miesiące spędzone w warsztacie i praca nad technologią? W jednym z wywiadów czytamy, że do produkcji wykorzystaliście technologię budowy łodzi.

      To był dobry czas, wypełniony głównie fizyczną pracą – struganie, grubościówkowanie, cięcie i sklejanie odpowiednio skomponowanych elementów. A potem formowanie 200 kg bryły drewna w kształt zgrabnej wanny. Pamiętam ten moment, kiedy po zakończeniu dziesiątek godzin szlifowania, nałożyliśmy pierwsze warstwy pokrycia. Drewno nasyciło się kolorem i ukazały się naszym oczom tekstury zupełnie niebywałe, których nie spotyka się w elementach ciętych na płasko. Mimo że upłynęło 10 lat i sporo się zmieniło, to moment nałożenia pierwszych warstw pokrycia ciągle napełnia mnie euforią podobną, jak za pierwszym razem.

      W trakcie prac doradzał wam światowej sławy ekspert od drewna i budowy łodzi – mam na myśli Siacha Smereckiego. Jak wyglądała ta współpraca?

      Siacho jest nie tylko specjalistą od technologii obróbki drewna i budowy jachtów, ale też projektantem i artystą. Doradzał nam w każdym aspekcie i można go określić ojcem chrzestnym wszystkich naszych produktów. Oczywiście, technologia musiała zostać zmodyfikowana na potrzeby wykorzystania w łazienkach – przeprowadziliśmy dziesiątki testów i prób.

      Wykształcenie techniczne, które posiadacie, pomogło przy uruchamianiu biznesu?

      Tak, wykształcenie techniczne na pewno pomaga, chociaż drewno to wielki obszar wiedzy i co najmniej drugie studia w praktyce.

      Z czego została wyprodukowana pierwsza wanna?

      Pierwsza wyprodukowana wanna to model Baula, wykonana z czerwonego, afrykańskiego drewna Padouk.

      Spełniła oczekiwania?

      Ostateczny efekt okazał się niezwykły – właśnie z powodu pięknych efektów tekstur drewna, które ta technologia potrafi w pełni wydobyć. Wanna przez dłuższy czas służyła, jako produkt pokazowy, a potem trafiła do klientki w Polsce.

      Czy trudno jest sprzedać drewnianą wannę?

      Kiedy już się ma wyrobioną markę, portfolio realizacji i zbudowaną sieć kontaktów na całym świecie, wtedy sprzedaż nie jest już trudna. Na to jednak trzeba czasu, początek wiąże się z pewną barierą wejścia w specyficzny, niszowy segment rynku.

      Gdzie trafiło pierwsze zamówienie i co to konkretnie było?

      Pierwsze zamówienie to była wanna wykonana z Jesionu dla klientów w Berlinie. Dzięki entuzjastycznemu przyjęciu pierwszych odbiorców zdobyliśmy kolejne zlecenia.

      Jak długo trwa i jak wygląda produkcja drewnianej wanny?

      Produkcja wanny to 18 tygodni pracy, która w dużej mierze jest ręcznym rzemiosłem. Od zakupienia odpowiedniego drewna, po jego obróbkę, sklejenie, frezowanie, szlifowanie i część najważniejsza – impregnacja. Zaangażowanych w produkcję jest ponad 20 osób.

      Skąd pochodzi drewno do produkcji?

      Drewno kupujemy wyłącznie ze źródeł posiadających certyfikat FSC – tylko z plantacji, gdzie liczba drzew sadzonych jest nie mniejsza od wycinanych i zachowane są reguły neutralności ekologicznej.

      Gdzie najczęściej trafiają drewniany wanny? Czy są to rezydencje, hotele, a może prywatne domy i jachty?

      Tak, najczęściej są to hotele, centra spa i oczywiście domy prywatne na wszystkich kontynentach – głównie Europa i Ameryka Północna. Czasem też nasze produkty pływają – na katamaranach, barkach i superjachtach.

      Jak docieracie do klientów?

      Docieramy głównie poprzez architektów i specjalistów od wnętrz, wykonawców oraz klientów bezpośrednich. Większość zamówień jest z polecenia i przez internet, ale stopniowo rozbudowujemy też sieć sprzedaży przez salony.

      Ile kosztuje taka drewniana wanna?

      Większość naszych produktów jest wykonywana na miarę i wyceniana indywidualnie. Rozpiętość cen jest bardzo duża. Powiedzmy, że wanny zaczynają się od 25000 złotych, a umywalki od 5000 złotych.

      Czy ze strony klientów pojawiają się nietypowe życzenia dotyczące wyglądu, koloru czy sposobu realizacji?

      Ciekawe, nietypowe zlecenia mamy właściwie bez przerwy. Taki jest urok tej pracy – klienci mają świadomość, że drewno pozwala na wiele. Wymagania klientów motywują nas do ciągłego prototypowania, sprawdzania nowych rozwiązań i technologii. Dostaliśmy specjalne zlecenie na przyciemnienie koloru Orzecha Amerykańskiego tak, żeby wanna wydawała się prawie całkiem czarna – dopiero pod silnym oświetleniem pojawiają się słoje drewna. Była też wanna niespodzianka wykonana dla żony klienta na dziesięciolecie ślubu. Pani wyjechała na urlop, zostawiając w łazience starą, metalową wannę i wróciła, widząc identyczną, ale drewnianą – z lwimi nóżkami, również wykonanymi z drewna. Mieliśmy klienta, który dziennie spędza minimum 1,5 godziny w wannie, dlatego potrzebował wanny, na której mógłby rozkładać całe domowe biuro. Inna klientka zamówiła wannę, którą odbierze dopiero za trzy lata, bo tak szacuje postęp prac remontowych w pałacu. Jeden z naszych klientów wannę już miał, ale zamówił u nas rower z drewna, to również był ciekawy projekt.

  • Parytet za kółkiem. W Polsce działa portal motoryzacyjny dla kobiet

    • – Jeśli od początku XX wieku wpaja się kobietom, żeby się za kierownicę lepiej nie pchały, a jak już usiądą, to na każdym kroku udowadnia, że się do tego nie nadają, to nie ma ani motywacji, ani jakiegoś parcia, aby doskonalić technikę jazdy, czy myśleć o udziale w sporcie. Na szczęście im młodsze pokolenie, tym bardziej świadome, mobilne i chętne do wyzwań – opowiada Katarzyna Frendl, założycielka Motocainy, pierwszego w Polsce portalu motoryzacyjnego dla kobiet.

      Bliżej Biznesu:– Pierwsze auto…to?

      Katarzyna Frendl:– Używany Volkswagen Golf III 1.8. Benzyna. Czerwony. Najszybszy (śmiech).

      Jak długo zbierała pani pieniądze na zakup tego samochodu?

      Pieniądze składałam przez dwie klasy liceum. Kupiłam auto za pierwsze zarobione pieniądze, zaraz po maturze. Pierwszą noc spędziłam w tym samochodzie. Cieszyłam się tak, jakbym wygrała w totka.

      Jak narodziła się miłość do motoryzacji?

      Trudno to jednoznacznie ocenić. Od dzieciństwa z ciekawością zerkałam na resoraki, ciężarówki, dźwigi, koparki – lalki średnio mnie kręciły. Jednak prawdziwe zainteresowanie motoryzacją pojawiło się pod koniec podstawówki, głównie za sprawą kolegów, z którymi przebywałam. Szybko złapałam bakcyla, zaczynając od rozpoznawania marek, uczenia się modeli, wersji silnikowych, pierwszych jazd pojazdami silnikowymi – motorynka, Simson, nieduże motocykle, czasem samochody na drogach niepublicznych – a kończąc na przesiadywaniu w garażu z kolegami i podpatrywaniu ich prac. Czasem w czymś im pomogłam.

      Jak reagowali mężczyźni, kiedy opowiadała pani o swoich zainteresowaniach? Czy pojawiały się złośliwe komentarze?

      Na pierwszych studiach, w Wyższej Szkole Menedżerskiej, jedynie zwracałam uwagę innych, podjeżdżając różnymi ciekawymi pojazdami. Podczas nauki na drugich studiach, eksploatacji pojazdów, byłam jedyną dziewczyną w grupie i raczej wzbudzałam ciekawość niż niechęć. A męskie środowisko? Odkąd pamiętam, właśnie w takim przebywałam i naprawdę niewiele rzeczy mnie dziwi, czy wyprowadza z równowagi. Prześmiewcze komentarze kolegów nadal funkcjonują w naszej branży, ale to zwykle „dowcip sytuacyjny” – nie biorę tego do siebie, sama się często z tego śmieję. Poza tym my się lubimy – czasem spędzamy na prezentacjach aut czy motocykli więcej czasu z dziennikarską bracią niż z rodziną.

      A kiedy pojawiły się w pani życiu motocykle? Jak narodziła się ta miłość?

      Właściwie najpierw były jednoślady, typu motorynki, a potem samochody. To taka fascynacja, która chyba nigdy nie minie. Zawsze duże wrażenia wywierał na mnie dźwięk silnika w motocyklach, sposób odbierania jazdy, taki bezpośredni wpływ na wszystko, co się dzieje z maszyną. W tajemnicy przed rodzicami kupiłam swój pierwszy motocykl –Suzuki GS500, na którym sporo czasu jeździłam bez prawa jazdy. Kilka lat później cieszyłam się jak dziecko, kiedy Redaktor Naczelny „Świata Motocykli” zaproponował mi współpracę.

      Dlaczego zdecydowała się pani na studia na Wydziale Mechanicznym WAT-u? I kiedy pojawiła się myśl, że pasja mogłaby się stać sposobem na życie? Zawodem?

      Mając 20 lat, z pasji do samochodów z napędem na tylne koła, dołączyłam do BMW Klub Polska, gdzie miałam okazję doświadczyć pierwszej rywalizacji sportowej. Dla klubu napisałam też pierwsze artykuły. Marzenia z dzieciństwa jednak długo czekały na realizację. Zdecydowałam się na podyplomowe studia „Eksploatacja pojazdów” na zasadzie kooperacji Wydziału Mechanicznego Wojskowej Akademii Technicznej i Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. Dzięki temu mam dwa dyplomy. Studia skończyłam z wyróżnieniem, jako jedyna dziewczyna na wydziale. W tzw. międzyczasie pisywałam do Gazety Wyborczej (Wysokie Obroty), Forbesa, Świata Motocykli, Pulsu Biznesu, w TOK FM współprowadziłam program motoryzacyjny. Po studiach dostałam angaż w Autotechnice Motoryzacyjnej, którą traktowałam najbardziej ambicjonalnie, bo tam w grę wchodziły tematy inżynierskie, więc do każdego artykułu musiałam się bardzo rzetelnie przygotować. Tak to się mniej więcej zaczęło. Złapałam bakcyla dziennikarskiego i postanowiłam, że to będzie mój nowy, ciekawy zawód.

      Ciężko dostać się kobiecie do motoryzacyjnego świata? Jest on – jak wielu uważa – hermetyczny i głównie zarezerwowany dla mężczyzn?

      Sądzę, że wydawcy programów z radia czy telewizji z dużą ciekawością podchodzą do kobiet zainteresowanych motoryzacją, znających się na rzeczy. Czasem to ciekawość podyktowana podejrzeniami o brak wiedzy, a czasem chęć pokazaniu światu takiego „ewenementu”, jak dziennikarka motoryzacyjna (śmiech). Dla mnie ważne jest, żeby do każdej mojej aktywności być rzetelnie przygotowaną merytorycznie. I to chyba zostało dostrzeżone, skoro nadal jestem zapraszana do różnych programów.

      Czy musiała pani – jak to często bywa w męskich zawodach – być podwójnie przygotowana, podwójnie dobra, w tym, co robi, żeby nikt nie zarzucił pani niekompetencji?

      Faktem jest, że dokładałam wszelkich starań, aby nikt mnie nie mógł „zagiąć” i to zaprocentowało. Procentuje do tej pory.

      Kiedy pojawił się pomysł na uruchomienie portalu? Jak wyglądały początki?

      Po kilku latach hobbystycznego gromadzenia informacji i zapisywania tematów, którymi przyszłościowo chciałabym się zająć, postanowiłam porzucić pracę na etacie. Większość mediów, z którymi wówczas współpracowałam, nie była zainteresowana pisaniem rzetelnych informacji o kobietach. Ewentualne wzmianki były raczej prześmiewcze. To mnie zmotywowało do stworzenia kobiecego portalu motoryzacyjnego. Początkowo olbrzymią trudnością było znalezienie osób równie zaangażowanych, zdeterminowanych i chętnych do poświęcenia własnego czasu sprawom motoryzacyjnym, jak ja. Spodziewałam się, że kobiet, które mają wiele mądrego do powiedzenia o samochodach czy motocyklach, jest mnóstwo. Owszem, jest ich zdecydowanie więcej, niż sądzą mężczyźni, jednak w większości przypadków ich znajomość tematu jest dość powierzchowna, związana bardziej z hobby niż rzetelną wiedzą. Dziś mamy stały skład redakcji i wszystko funkcjonuje jak w szwajcarskim zegarku.

      Skąd wzięła pani finansowanie na uruchomienie portalu?

      Sprzedałam motocykl, postarałam się o unijną dotację, dołożyłam do tego wszystkie swoje oszczędności i w 2009 roku założyłam portal motocaina.pl.

      Jak długo trwała praca nad koncepcją? Co było najtrudniejsze? Nie bała się pani odbioru?

      Kobiecy portal motoryzacyjny powstawał mniej więcej rok. Wydaje się, że to pomysł nietypowy, a jednak nasz sukces potwierdza, że kobiety i samochody, czy motocykle to wcale nie są niszowe tematy i cieszą się ogromną oglądalnością. Dostrzegałam pewną lukę, czy to szukając informacji dotyczących udziału kobiet w sportach motorowych, albo tych, które zapisały się na kartach motoryzacyjnej historii, czy – może to zabrzmi prozaicznie – ale trudno było wtedy znaleźć nawet jakiś ciuch, czy gadżet kierowany do kobiet zainteresowanych tematem auto-moto. Sama interesuję się nie tylko samochodami, ale także jestem motocyklistką, dlatego wiem z autopsji, jak mało pisze się testów np. na temat damskich kombinezonów na jednoślady. W końcu w mojej głowie zrodził się kompletny projekt własnego przedsięwzięcia i czekałam na odpowiedni moment – w życiu zawodowym, ale także w kwestii finansowej – aby móc go zrealizować. Do odważnych świat należy, a każde trudności można sukcesywnie pokonywać.

      Do kogo skierowany jest portal? Kim są czytelniczki?

      Skierowany jest do wszystkich właściwie, ale faktem jest, że to kobiety znajdą u nas najwięcej treści dla siebie. Ponieważ ideą Motocainy jest, aby nasze informacje były nie tylko wiarygodne, ale i rzetelnie przygotowane, ze znajomością danej branży, czy rodzaju sportu motorowego, to zależało mi, aby kobiety, które będą tworzyć Motocainę, znały się na rzeczy. Na Motocaina.pl – jako jedynym portalu motoryzacyjnym – można znaleźć obszerny dział poświęcony udziałowi kobiet w motosporcie. Kiedy przykładowo piszemy o zagadnieniach dotyczących kwestii „dziecięcych” w odniesieniu do samochodów czy motocykli, zajmują się tym matki, które borykały się z różnymi problemami tego typu i dokładnie wiedzą, co może być interesujące dla naszych czytelniczek. Staramy się także pod tym kątem, kobiecym okiem, oceniać testowane pojazdy, ale nigdy nie zapominamy o jakości merytorycznej tekstów. Nasi czytelnicy czują, że traktujemy ich poważnie. A są nimi głównie osoby w wieku 20-50 lat, zainteresowane motoryzacją, motocykliści, ale i szukający porad – technicznych, podróżniczych, czy prozaicznie – gadżetów. Co więcej, jesteśmy dalekie od spłycania treści motoryzacyjnych i ogołacania ich z informacji technicznych ze względu na to, że będą to czytały kobiety. Pozbawienie artykułu o samochodach informacji dotyczących np. jego silnika, zawieszenia i zużycia paliwa, a zostawienie informacji o wyborze kolorów lakieru i tapicerek czy liczby schowków, w których tak cudnie mieści się kosmetyczka, jest dla nas głupotą. My traktujemy kobiety poważnie. Coraz więcej młodych dziewczyn dokładnie wie, co dzieje się w silniku, znają modele samochodów, potrafią wymieniać gamę jednostek. Niektóre panie własnoręcznie przerabiają motocykle lub modyfikują swoje auta. Myślę, że niebawem dziennikarze przestaną pytać o to, czy panie znają się na motoryzacji, bo świetnie zorientowanych kobiet w motoryzacji będzie więcej.

      Jak wygląda praca dziennikarki motoryzacyjnej?

      Ciekawie. Najbardziej przyciągają do takiej pracy testy samochodów i motocykli, wyjazdy na światowe prezentacje aut, czy wyścigi, rajdy. Jednak to wbrew pozorom także ciężka praca – fizyczna, umysłowa, związana ze skomplikowaną logistyką, zwłaszcza jeśli się zostawia w domu małe dziecko. Za to jest to bardzo przyjemna praca, jeśli ktoś kocha to, co robi. Ja lubię też pisać – artykuły, testy, poradniki, ale też mówić (w radiu i tv) o swoich doświadczeniach, dzielić się wiedzą. Codzienność jednak jest typowa dla chyba każdej pracy w obecnych czasach – siedzenie przed komputerem, pisanie, czytanie, odpisywanie na maile, telefonowanie. Dodatkowo występuję w mediach jako ekspert motoryzacyjny – to zawsze dla mnie szlifowanie warsztatu dziennikarskiego, ale i wyzwanie. Poznawanie wciąż nowych zagadnień, śledzenie rozwoju technologii, możliwość bezpośredniego kontaktu z ludźmi tworzącymi historię motoryzacji, jazdy po torach całego świata i sposobność testowania tam aut produkowanych w limitowanej liczbie, zbieranie materiałów o kobietach, które miały lub mają do czynienia z motoryzacją, zarówno zawodowo, jak i hobbystycznie czy wyczynowo, a potem możliwość dzielenia się tymi wszystkimi doświadczeniami i wiedzą ze słuchaczami radia, czy widzami telewizji daje mi ogromną przyjemność.

      Czym jeździ pani na co dzień?

      Z racji wykonywanej pracy mam możliwość jeździć właściwie każdym modelem auta dostępnym na naszym rynku. W redakcji użytkujemy na co dzień Renault Clio Grandtour. Prywatnie uwielbiam klasyczną, tę starszą motoryzację, stąd miłość do przepięknego youngtimera, któremu niedawno stukęła „zabytkowość” – to unikat BMW M635CSi. Niezwykły i ukochany.

      Jest pani fanką szybkiej jazdy?

      Lubię jeździć szybko – czasem i w odpowiednich miejscach.

      Zbiera pani punkty karne za szybką jazdę?

      Nie zbieram punktów karnych, na drogach publicznych jeżdżę przepisowo. Staram się.

      Jakie auto zrobiło na pani największe wrażenie?

      Długo by wymieniać. Ale z tych najnowszych to McLaren 600LT i Rolls-Royce Wraith Luminary. Cieszy mnie jazda autami szczególnymi, specjalnymi edycjami, sportowymi odmianami, terenowymi lub luksusowymi. Jednak potrafię się cieszyć właściwie każdym samochodem, bo każdy ma w sobie coś szczególnego.

      Jakie auta podobają się kobietom? A jakie mężczyznom? Czy są różnice?

      Nie, nie ma różnic. Choć faktem jest, że płeć piękna w większości nie musi jeździć zwalistym autem z wielkim, mocnym silnikiem, żeby cokolwiek komukolwiek udowadniać. A nawet jeśli taki ma, to i tak porusza się takim samochodem z klasą, dostojnie. Kobietom bliższe są pojęcia tj.: bezpieczeństwo jazdy, ostrożność za kierownicą i uprzejmość dla innych kierowców. Bardziej dbają o własne 4 kółka, pielęgnują je, nadają pieszczotliwe imiona. Ale tak samo, jak mężczyźni lubią ładne, ciekawe samochody. Nikt nie lubi jeździć nieciekawym autem, bez względu na płeć.

      Wkurzają panią stereotypowe określenia pod hasłem: „Baba za kółkiem”?

      To powiedzenie i stereotyp są tak mocno zakorzenione, nie tylko w Polsce, że jeszcze dużo wody musi upłynąć, żeby dostrzeżono, że to nie kwestia płci stanowi o złych i dobrych kierowcach, tylko odpowiednie wyszkolenie i nastawienie. Jeśli od początku XX wieku wpaja się kobietom, żeby się za kierownicę lepiej nie pchały, a jak już usiądą, to na każdym kroku udowadnia się, że się do tego nie nadają, to nie ma ani motywacji, ani jakiegoś parcia, aby doskonalić technikę jazdy, czy myśleć o udziale w sporcie. Na szczęście im młodsze pokolenie, tym bardziej świadome, mobilne i chętne do wyzwań, zatem są już pierwsze symptomy zmiany postrzegania pań za kółkiem. Także, jeśli chodzi o mężczyzn, którzy coraz częściej zauważają, że kobieta za kierownicą to nie tylko samo zło.

      Walczy pani z takimi stereotypami?

      Generalnie nie walczę z wiatrakami – nie zmienię facetów, których mottem jest „baba do garów” – wolę pokazywać, czy swoją postawą, czy poważnym podejściem do biznesu i czytelnika, czy odbiorcy w radiu czy telewizji, że jestem dobrze przygotowaną dziennikarką. A to, że mam tzw. zajawkę, to sprawa drugorzędna, może widoczna na moich filmach, które od niedawna publikuję na You Tube motocaina. Kobiety są innymi kierowcami niż mężczyźni. Nawet staż za kierownicą nie jest aż tak ważny, jak chęć doskonalenia techniki jazdy. Kobiety częściej się przyznają, że czegoś nie potrafią, chcą się szkolić i lepiej jeździć. Z drugiej strony większość tych, które określane są typowym stwierdzeniem „no tak, baba za kierownicą” już na początku swojej przygody z 4 kółkami zapewne natrafiły na zły tok nauczania. W szkołach jazdy pan instruktor przyzwalał na robienie błędów, bo i tak białogłowa będzie pewnie jeździć u boku męża, więc dlaczego ma się wysilać – do kobiety i tak nic nie dotrze. Mężczyźnie od razu zwraca się uwagę. Czasem widzimy tego skutki na drodze, choć na pewno panie coraz lepiej jeżdżą, coraz odważniej podchodzą do tematyki motoryzacji, zaczynają interesować się bardziej udziałem w sportach motorowych. Moim zadaniem jest publikować wszelkie materiały o kobietach, które pojawiają się w świecie motoryzacji i sportu, a wnioski z tych lektur sam już sobie każdy wysuwa. Na to liczę. Z faktami się nie dyskutuje.