• Designerskie meble i dodatki do domu

    • – Zaskoczyły mnie wszystkie koszty. Myślałam, że remont lokalu będzie kosztował mniej, niż rzeczywiście kosztował, nie doszacowałam kosztów budowy sklepu internetowego, nie mówiąc o ekspozycji sklepu. Na szczęście remont robił mój kolega, na budowę strony internetowej wykorzystałam pieniądze z karty kredytowej, a ekspozycję udało mi się kupić z długim terminem płatności – o początkach biznesu opowiada Katarzyna Kuźma, właścicielka warszawskiego sklepu Le Pukka Concept Store.

      Bliżej Biznesu:– Czy trudno było przekonać Polaków do mebli z charakterem, własnym DNA?

      Katarzyna Kuźma:– Myślę, że nie tak trudno. Wydaję mi się, że otwierając sklep 7 lat temu, trafiłam już na taki moment, kiedy Polacy byli coraz bardziej świadomi wyglądu swojego mieszkania i tego, jaką rolę to wnętrze odgrywa. Dawali się przekonać, że wnętrze ich mieszkania powinno w pewnym sensie wyrażać ich wnętrze, ich charakter. Stąd pomysł na DNA stylu. Klientom bardzo się to podobało. Muszę jednak zaznaczyć, że moi klienci są w pewnym sensie specyficzni. Z tego, co do dzisiaj obserwuję, są to ludzie zwracający uwagę na obecne trendy, są modni, podróżują, najczęściej mieszkają w nowoczesnym budownictwie. Tacy ludzie, moim zdaniem, są zazwyczaj otwarci na eksperymentowanie. Co więcej, dzisiaj większość moich klientów, to osoby, które wiedzą, czego chcą, tylko nie zawsze potrafią dobrać odpowiednie rzeczy pod siebie. Wiedzą, że chcą mieć mieszkanie jasne, z dużą ilością drewna, ale też minimalistyczne. My pomagamy wybierać meble i oświetlenie oraz dodać ten jeden, charakterystyczny element, np. oryginalną lampę wiszącą, która ma być ozdobą całego salonu. Nie każdy klient kupi taką lampę, ale zgodzi się, chociaż na kolorowy fotel (śmiech).

      Jak określiłaby pani styl mebli, które obecnie można kupić w Le Pukka Concept Store?

      Gdybym miała jednym słowem powiedzieć, jakie meble i jakie produkty sprzedaję, powiedziałabym, że „najmodniejsze”. To znaczy, aktualizuję ofertę tak, aby znalazły się w niej produkty zgodne z najnowszymi trendami. Zawsze posiadam też w ofercie tzw. klasyki, meble i lampy ponadczasowe, które mam od kilku lat i cały czas wyglądają świetnie.

      Czym te meble, dodatki i gadżety różnią się od tych sprzedawanych w postaci masowej, czyli w wielkich sieciówkach?

      Główną różnicą między moją ofertą a ofertą sieciówek jest przede wszystkim wzór tych produktów. Meble, oświetlenie czy gadżety, które sprzedaję – oczywiście nie wszystkie – są zazwyczaj bardziej odważne, niż te w dużych sklepach.

      Nie tęskni pani za pracą na etacie?

      Czasem tęsknie za brakiem tak dużej odpowiedzialności (śmiech).

      Jak to się stało, że postanowiła pani zrezygnować z pracy na etacie i postawić na własny biznes? Jak zareagowali rodzina oraz znajomi?

      Mój mąż namówił mnie do otwarcia własnej działalności. Zanim otworzyłam Le Pukkę, urządzałam nasz wspólny dom. Okazało się, że nie ma jednego sklepu, w którym mogłabym kupić kilka rzeczy. Jeździłam po różnych sklepach w Warszawie, część produktów znajdowałam w internecie i w zasadzie bardzo zmęczyło mnie to całe urządzanie. Marzył mi się sklep, w którym mogłabym znaleźć ciekawą komodę, ładny stół, oryginalne krzesła i wyjątkowe oświetlenie. Wtedy nie było takiego sklepu. Pewnego wieczoru, żaląc się mojemu partnerowi, jak trudno znaleźć te wszystkie produkty, usłyszałam „to otwórz taki sklep!”. Tak się zaczęło.

      Czytałam w wywiadach, że przez kilka lat pracy na etacie odkładała pani stałą część pensji z myślą o założeniu własnej firmy. Czy to wystarczyło? Czy koszty przy uruchomieniu biznesu jednak panią zaskoczyły?

      To prawda, odkładałam część pieniędzy, ale absolutnie to nie wystarczyło. W zasadzie zaskoczyły mnie wszystkie koszty. Spodziewałam się znacznie mniejszych, ale dzisiaj widzę, że wynikało to z braku doświadczenia. Wtedy myślałam, że remont lokalu będzie kosztował mniej, niż rzeczywiście kosztował, nie doszacowałam kosztów budowy sklepu internetowego, nie mówiąc o ekspozycji sklepu. Na szczęście remont robił mój kolega, na budowę strony internetowej wykorzystałam pieniądze z karty kredytowej, a ekspozycję udało mi się kupić z długim terminem płatności. Myślę, że najwięcej pieniędzy pochłonął wówczas sklep internetowy, który był budowany od początku pod mój projekt.

      Dlaczego zależało pani, żeby sklep mieścił się na Powiślu? Jak rozwijało się to miejsce? O tym, że na początku było skromnie, po kilka mebelków, również można przeczytać w wywiadach.

      Na Powiślu wychowywałam się jako dziecko, mój mąż w tym lokalu prowadził firmę przez kilka lat… w związku z czym Powiśle zawsze było mi bardzo bliskie. Co więcej, już w 2011 roku ta dzielnica bardzo się rozwijała. Powstawały niszowe sklepy, modne kawiarnie, mieszkało tu wielu artystów i aktorów. Pomyślałam, że jest to idealne miejsce na rozwój niszowego sklepu z meblami, oświetleniem i dodatkami. Nie miałam pojęcia, że firma tak się rozwinie i będzie sprzedawała na całą Polskę i nie tylko.

      A jak wyglądał proces uruchomienia strony internetowej? Wiem, że był równie pracochłonny, co przygotowanie lokalu.

      Oj, myślę, że nawet bardziej. O ile sklep był dość monochromatyczny, z prostym układem pokoi, które miały być małymi kawalerkami, o tyle sklep internetowy to miała być perełka. Bardzo podobała mi się strona amerykańskiej firmy kosmetycznej, która miała wiele funkcji, była bardzo wizerunkowa, dużo się na niej działo i chciałam, żeby strona lepukka.pl też tak wyglądała. To była nie lada gratka dla programisty. Remont lokalu trwał około 3 tygodni, a budowa sklepu około 2 miesięcy. Co ciekawe, po 2 latach zrobiłam całkowicie nowy sklep, a następnie w 2017 roku kolejną odsłonę. Tak szybko pojawiają się nowe technologie, nowe funkcje w sklepach internetowych, nowa stylistyka, że co jakiś czas muszę stawiać zupełnie nowy sklep, aby spełniać oczekiwania klientów.

      Jak nawiązała pani współpracę z dostawcami?

      Oczywiście szukałam w internecie, jeździłam po targach meblowych w Polsce i na świecie i rozmawiałam. Początki były trudne, ale miałam o tyle łatwiej, że podobnego sklepu w Warszawie nie było i większość tych dostawców chciała być obecna w takim concept storze w centrum stolicy.

      Jak obecnie wygląda selekcja produktów? Kim są dostawcy i z jakich krajów pochodzi większość materiałów?

      Od początku selekcja trzyma się według zasad – modne, ponadczasowe, wysokiej jakości i ciekawe. Dlatego mam bardzo wielu, różnych dostawców. Począwszy od wielkich firm jak niemieckie Kare Design czy hiszpańska La Forma, po polskich producentów takich, jak niszowe Happy Barok czy Durbas. Wszystkie te meble łączy ‚design’ i przystępna cena.

      Ukończyła pani psychologię społeczną z elementami reklamy. Wykształcenie, a potem praca w reklamie pomagają w tym biznesie?

      Myślę, że tak, chociaż nie wiem, jak by było bez nich (uśmiech). Na pewno studia nauczyły mnie, jak rozmawiać z ludźmi, jak wydobyć z nich to ich DNA stylu, a praca w reklamie pokazała mi, jak duża jest siła reklamy i że warto w nią inwestować – co dzisiaj, z punktu widzenia właściciela firmy jest korzystne. Wiem, że reklama działa, więc łatwiej mi w nią inwestować, niż komuś, kto w nią nie wierzy.

      Czy Polaków stać na takie meble? Jaka jest różnica w cenie między designerskimi meblami a tymi z sieciówki? Czy można trafić na coś z charakterem i duszą w dobrej cenie?

      Muszę przyznać, że nie jestem do końca obiektywna, ponieważ znam wiele włoskich marek, których ceny są faktycznie z kosmosu. Moim zdaniem, w Le Pukka zdecydowana większość mebli jest w przystępnej cenie, niektóre są w cenach jak w Ikea, a tylko kilka procent jest z wyższej półki cenowej. Taka jest też idea tego miejsca – średnia półka cenowa. Odpowiadając na pytanie, czy da się znaleźć oryginalny mebel, czy gadżet w rozsądnej cenie, to jak najbardziej tak! Ostatnio zamówiłam w Anglii przepiękne kubki w kształcie kuli dyskotekowej, które kosztują 24 zł. Myślę, że to bardzo przyzwoita cena, jak za kubek, który zrobi furorę na każdej prywatce. Dla ułatwienia, na stronie mamy m.in filtry cenowe, które szybko pokażą produkty w cenie, która interesuje klienta.

      Myśli pani, że Polacy są gotowi na oryginalne, trochę zwariowane i kolorowe dodatki do wnętrz?

      Zdecydowanie tak! Chociaż nie generalizowałabym, bo jednak większość nadal wybiera białe ściany i stonowane wnętrza, ale zdecydowanie przez te 7 lat jest więcej osób, które są odważne i chcą eksperymentować. Czasem aż za bardzo! Kupują czerwone lub turkusowe sofy, a potem przychodzą do nas i proszą o poradę co z tym zrobić, bo za bardzo zaszaleli. Myślę, że idziemy naprzód zarówno z modą odzieżową, jak i wnętrzami. Zresztą, liczba programów o tematyce wnętrzarskiej mówi sama za siebie. Zrobiła się po prostu moda na urządzanie wnętrz, co mnie bardzo cieszy (uśmiech).

  • Hałas pod kontrolą – budki telefoniczne do nowoczesnego biura

    • – Budka pomaga trzem stronom – po pierwsze osobie wykonującej połączenie telefoniczne – bo ma wyciszoną przestrzeń, po drugie pozostałym pracownikom w biurze – bo nikt nie zakłóca im pracy, często głośną rozmową, a po trzecie osobie „po drugiej stronie linii” – bo słyszy wyłącznie to, co ma i chce usłyszeć, a nie gwar dochodzący z biura – mówi Tomasz Kapica z IMIN Booth. Krakowska firma, jako pierwsza w Polsce wprowadziła na rynek dźwiękoszczelne budki telefoniczne do biura.

       

      Bliżej Biznesu:– Widok budki telefonicznej wywołuje sentyment u klientów?

      Tomasz Kapica:– Szczerze mówiąc, nigdy nie rozpoznałem u klienta emocji sentymentu. Początkowo, często spotykaliśmy się ze zdziwieniem. Teraz klienci wiedzą już, czym jest i do czego służy dźwiękoszczelna budka telefoniczna i raczej dopytują o szczegóły produktu, np. jak rozwiązana jest wentylacja w budce.

       

      Skąd wziął się pomysł na to, aby sprzedawać akustyczne budki telefoniczne?

      Wraz ze wspólnikiem pracowaliśmy w tej samej korporacji. Firma się rozwijała, biura były przepełnione. Miejsce do rozmów z kontrahentami odnajdowaliśmy… w toaletach. Tak, jak tysiące pracowników każdego dnia w najróżniejszych firmach. Cisza, którą odnajdywaliśmy w tego typu pomieszczeniach, okazywała się jednym wielkim pogłosem, echem dla naszego rozmówcy. W toaletach czy korytarzach zawsze nieprzyjemnie dudni. Postanowiliśmy, że rozstajemy się z firmą. Założyliśmy nasz pierwszy, wspólny biznes. Co ciekawe, zupełnie niezwiązany z budkami telefonicznymi. Dojrzeliśmy do tego pomysłu, kiedy nasz były szef, ze wspomnianej wcześniej korporacji, zadzwonił do nas i powiedział, że ma problem, który notabene rozwiązujemy dzisiaj każdego dnia. Chodziło o brak miejsca do swobodnych rozmów telefonicznych. Biura były przeludnione. Wystarczą dwie rozmowy telefoniczne prowadzone obok w tym samym czasie, aby już było niekomfortowo. Niespełna trzy miesiące później wyprodukowaliśmy pierwszą, dźwiękoszczelną budkę telefoniczną, którą sprzedaliśmy naszemu byłemu szefowi.

      Skąd czerpaliście doświadczenie i inspirację w trakcie tworzenia biznesu?

      Poza doświadczeniem zawodowym są jeszcze trzy kwestie, które, moim zdaniem, są niezbędne, aby osiągnąć sukces w biznesie. Nie jest to inspiracja, a bardziej autorskie przemyślenie. Po pierwsze – nie bądź chciwy. My nie jesteśmy. Przez pierwsze 2 lata w zasadzie nie zarabialiśmy – nie jako firma, myślę o nas, jako konsumentach. Każda złotówka, która trafiała do firmy, była inwestowana – w park maszynowy, w ludzi, w rozwój produktów. Po drugie – wierz w siebie. Jesteśmy zdania, że jeśli komuś powiemy, że na czymś się znamy, to ten ktoś nam w to uwierzy. O ile sami w to wcześniej uwierzymy. Tak sprzedaliśmy pierwsze budki. Nie da się też ukryć, że obaj mamy dużo szczęścia w życiu. To jest ta trzecia, ważna rzecz do osiągnięcia sukcesu w biznesie.

      Skąd wzięliście finansowanie?

      Nasz pierwszy biznes – produkcja projektowanych przez nas lamp – sfinansował produkcję prototypów budek telefonicznych do biur. Jesteśmy dumni z tego, że udało nam się rozwinąć biznes w stu procentach ze środków własnych, a nie pożyczonych czy otrzymanych z dotacji. To była i dalej jest, naprawdę ciężka praca. To, ile potrzeba pieniędzy na start, zależy od tego, jaki zrobimy launch produktu. My wybraliśmy opcję low – costową, angażującą nasz czas, który w stu procentach poświęciliśmy pracy. Dzięki temu początkowo nie wydawaliśmy pieniędzy na drogą promocję w mediach. Dobry pomysł sam się wybronił, telefony zaczęły dzwonić z najróżniejszych stacji radiowych czy czasopism, zapraszani byliśmy do audycji na żywo, udzieliliśmy wywiadów do kilku pism. I tak to się wszystko zaczęło.

      Jak działają budki telefoniczne? Jakie materiały zapewniają to, że są one wygłuszone?

      To synergia wielu dziedzin… tak naprawdę nauki. W ścianach budek telefonicznych jest szereg materiałów dźwiękoizolacyjnych i komór przechwytujących dźwięki wychodzące z budki. We wnętrzu budki znajdują się materiały odpowiadające za właściwą akustykę – to zupełnie inna sprawa niż dźwiękochłonność. Nasze budki posiadają certyfikat dźwiękoizolacyjności, badania potwierdziły nasze przewidywania czy raczej wyliczenia – wygłuszenie budek można porównać do zamkniętego okna mieszkalnego. To bardzo dobry wynik. Warto również zaznaczyć, że całość zbudowana jest z materiałów drewnopochodnych, które bezproblemowo przepuszczają sygnał telefonów komórkowych czy wifi.

      Rozmowy przez telefon, które zakłócają pracę innym osobom to duży problem?

      Projektując budki, chcieliśmy rozwiązać realny problem braku miejsca w biurach na prowadzenie rozmów telefonicznych. Jestem przekonany, że każdy z nas biegał po korytarzu z telefonem przy uchu w biurze, a mówiąc ściślej – w popularnych obecnie open space’ach – szukając kąta do komfortowej rozmowy telefonicznej. Osobiście też bardzo nie lubię, kiedy ktoś do mnie dzwoni i poza rozmówcą, słyszę pracę całego biura. W call center jest to nagminne. Dźwiękoszczelna budka telefoniczna pomaga trzem stronom – po pierwsze osobie wykonującej połączenie telefoniczne – bo ma wyciszoną przestrzeń, po drugie pozostałym pracownikom w biurze – bo nikt nie zakłóca im pracy, często głośną rozmową, a po trzecie osobie „po drugiej stronie linii” – bo słyszy wyłącznie to, co ma i chce usłyszeć, a nie gwar dochodzący z biura.

      Kto zaprojektował budki? Jak wyglądał etap testów? Gdzie obecnie są produkowane?

      Budki zostały zaprojektowane przez nas samych. Bardzo dobrze uzupełniamy się kompetencyjnie ze wspólnikiem, każdy jest odpowiedzialny za swoją „część” biznesu. Etap testów był dość długi, bo jesteśmy perfekcjonistami. Pamiętam dokładnie każdy dzień spędzony przy produkcji i montażu budki po wprowadzeniu kolejnych zmian. Zanim osiągnęliśmy zamierzony cel, minął ponad rok, od chwili „zjechania” z taśmy produkcyjnej pierwszego prototypu – a ten pojawił się trzy miesiące po rozpoczęciu prac nad produktem. Oczywiście, wszystkie nasze budki testowane są w przeznaczonym do tego celu profesjonalnym studio. A co do miejsca produkcji – tylko Polska. Jesteśmy patriotami, staramy się wspierać polską gospodarkę.

      Ile kosztuje jedna budka telefoniczna? Czy są obecnie różne modele?

      Tak – są różne modele budek telefonicznych. Mamy dwa standardy budek pojedynczych – ekonomiczny i premium. A także budki dwu i czteroosobowe. Pracujemy również nad kolejnymi modelami. Najtańsza budka – jednoosobowa w standardzie ekonomicznym – kosztuje 11.200 zł netto, najdroższa – czteroosobowa z telewizorem i szeregiem innych, bardzo ciekawych i ułatwiających pracę rozwiązań – kosztuje 36.600 zł netto.

      Odbiorcami produktu są małe czy duże firmy? Z jakiej branży najczęściej?

      Najczęściej budki kupują duże firmy, zatrudniające minimum 100 pracowników. Ale da się zauważyć zmieniającą się tendencję. Jeszcze 3 lata temu budki były fanaberią, teraz pracownicy wręcz domagają się ich w biurze. Mniejsze firmy też mają kłopoty związane z ciszą w biurze, bo naturalnie mają mniej powierzchni biurowej. Jeśli natomiast chodzi o branżę, która najczęściej decyduje się na zakup budek, to zdecydowanie dominuje IT. Programiści naprawdę potrzebują skupienia. Jeśli ktoś z sąsiadującego działu sprzedaży miałby im „krzyczeć” nad głową, zapewne byliby zdecydowanie mniej wydajni. Budka rozwiązuje ten problem.

      Ile budek telefonicznych obecnie firma wysyła w świat? I gdzie?

      Nasze budki obecne są już w wielu krajach. Poza Polską najczęściej sprzedajemy je w Szwajcarii, a także w Niemczech, Danii, Austrii, Wielkiej Brytanii, Czechach i Słowacji. Ostatnio udało nam się rozpocząć regularną sprzedaż w Izraelu. Niebawem obecni będziemy również w Stanach Zjednoczonych – co uważamy za spory sukces. Sprzedaż liczymy już w setkach rocznie.

      To wasz drugi biznes.

      To prawda. Pierwszy, który prowadzimy do dzisiaj, to produkcja oświetlenia – minimalistycznego, loftowego – taki styl jest nam najbliższy. Coś, co zupełnie nie jest związane z akustyką, tak naprawdę pozwoliło nam sfinansować pierwsze prototypy budek. Nasze wcześniejsze, nazwijmy to, etatowe doświadczenie zawodowe było związane od agencji reklamowych po firmy produkcyjne. Dzięki tak rozległemu spectrum, dzisiaj, prowadząc własny biznes potrafimy bezproblemowo zarządzać wieloma działami – od marketingu po księgowość, logistykę i produkcję.

      Na czym konkretnie się teraz skupiacie? Czy pojawią się nowe modele? Czy będziecie rozwijać obecny?

      Obecne modele są rozwijane nieustannie. Wprowadziliśmy sporo zmian od czasu pojawienia się budek na rynku. Bardzo dokładnie słuchamy klientów, reagujemy na ich potrzeby. Skupiamy się również na nowych produktach – mamy już 4 rodzaje budek telefonicznych, a launch najnowszego będzie jeszcze w tym roku. Zachęcam też do odwiedzin naszej strony internetowej www.budkitelefoniczne.pl – na początku 2019 roku będzie jej nowa odsłona – przyznam szczerze – na światowym poziomie. Nie mogę się jej doczekać.

       

  • Zepsuty interes, czyli jak zarobić na awarii sprzętu

    • – Można odnaleźć fachowca, który naprawi telewizor, zapytać na forum, jak naprawić coś domowymi sposobami. Kiedy już nic nie można zrobić i naprawa jest nieopłacalna, można po prostu wylać żale. Świadomość tego, że ktoś inny przeczyta, co spotkało nasz telewizor działa kojąco – wyjaśnia Sławomir Gugałka, założyciel serwisu zepsute.pl.

      Bliżej Biznesu:– Zepsute.pl to pierwszy w Polsce serwis o zepsutych rzeczach. Co najczęściej psuje się w Polsce? 

      Sławomir Gugałka:– Z racji tego, że serwis wystartował dopiero na początku lipca, nie ma jeszcze miarodajnej statystyki. Z dodanych już dziesiątków wpisów wynika, że elektronika – telefony, komputery – jest na czele, przed sprzętem AGD. Czas pokaże, jak bardzo producenci dbają o to, aby ich produkty działały długo i bezawaryjnie. Jeżeli bieżący trend się utrzyma, wyjdzie na to, że pralka powinna działać dłużej niż topowy laptop.

      Co możemy zrobić mając np. zepsuty telewizor?

      Główną ideą serwisu jest pomoc w naprawieniu sprzętu. Dzięki zepsute.pl można odnaleźć fachowca, który naprawi telewizor, zapytać na forum, jak naprawić coś domowymi sposobami – są elektronicy, amatorzy, których wiedza – dzięki internetowi – jest dość duża. Kiedy już nic nie można zrobić i naprawa jest nieopłacalna, można po prostu wylać żale. Jesteśmy – w większości – narodem malkontentów i lubimy, kiedy ktoś nam współczuje. Świadomość tego, że ktoś inny przeczyta, co spotkało nasz telewizor działa odrobinę kojąco.

      Ilu fachowców skupia zepsute.pl?

      Baza na obecną chwilę nie jest duża, jest to kilkudziesięciu fachowców. Począwszy od elektryków, po serwisy naprawy dronów czy hydraulików. Baza ciągle rośnie i zachęcamy wszystkich fachowców, aby się rejestrowali. Zepsute.pl ma to do siebie, że nie rejestrujemy tam fachowca wpisując w opis, co naprawia, wybieramy to z rozwijanej listy, dzięki czemu użytkownicy mogą dokładniej dobierać, to czego szukają. Niektórzy fachowcy skupują zepsute rzeczy i to też jest sygnałem, że je naprawiają lub te zepsute urządzenia są dawcami części do innej naprawy.

      Co konkretnie można naprawić poprzez serwis?

      To zależy od bazy fachowców i inwencji użytkowników. Mamy w serwisie dział “Strefa napraw”, gdzie użytkownicy mogą dodawać wpisy dotyczące samodzielnej naprawy w zasadzie czegokolwiek. Cała wiedza serwisu i jakość świadczonej pomocy jest budowana przez społeczność.

      Jak wyglądał dobór fachowców? Jak sprawdzane są ich kompetencje?

      Fachowcy zgłaszają się sami, nie weryfikujemy ich na obecnym etapie. Podstawowym kryterium oceny kompetencji są komentarze zostawiane przez osoby, które skorzystały z ich usług. Komentarze posiadają kody, dzięki którym wpis o danym fachowcu zostawi osoba, która rzeczywiście skorzystała z usługi danego fachowca, a nie konkurencja.

      W jakich miastach można skorzystać z pomocy fachowców polecanych przez serwis?

      W zasadzie w całej Polsce. Przy rejestracji, fachowcy sami wybierają obszar swojej działalności. Serwis jest wykonany tak, aby pokazywać fachowców, którzy rzeczywiście działają na terenie naszego miasta czy województwa.

      Na stronie pojawiają się również inne usługi, jak chociażby  “Strefa zepsutych rzeczy” czy „Strefa napraw”.

      “Strefa zepsutych rzeczy” to dział, gdzie użytkownicy opisują usterki, które wystąpiły w ich sprzęcie. Znany i słynny spisek żarówkowy producentów oświetlania z początku czasów produkcji żarówek, pokazał, że planowane postarzanie produktu to nie jest fikcja, tylko fakt. Zakładam że dzięki temu działowi i ogromnej liczbie wpisów w przyszłości – być może – odkryjemy taki spisek. Osobiście nie chciałbym tego dokonać, bo mam nadzieję, że producenci sprzętu tego typu praktyki mają już dawno pochowane między kartki skoroszytów z napisami “Kara od UOKiK”. Dział “Strefa zepsutych rzeczy” ma jeszcze jeden cel, pokazanie producentom, że klient któremu coś się zepsuło zbyt szybko – czasami jeden dzień po zakończeniu gwarancji – potrafi być z tego powodu naprawdę zły. “Strefa napraw” to dział, w którym użytkownicy mogą publikować instrukcje napraw różnych rzeczy. Może to być pralka, lodówka, telefon, rower – cokolwiek, co jeszcze nadaje się do naprawy.

       

       

      Jakie pytania, wątpliwości pojawiają się najczęściej?

      Jednym z głównym pytań jest, czy producenci zareagują pozytywnie na serwis, czy okaże się przysłowiową solą w ich oku. Naszym celem nie jest dokuczanie producentom czy ich dyskredytowanie, lecz poprawienie jakości produktów poprzez wskazanie ich wad czy pokazanie niezadowolenia użytkownika. Producenci często nie zdają sobie sprawy z tego, że pewna część urządzeń posiada wady fabryczne. Na etapie planowania produkcji czy samego projektowania wszystko wygląda dobrze. Czasami występuje sytuacja, gdzie producent zleca wyprodukowanie części do pralki, która ma spełniać pewne normy dotyczące temperatury pracy, a dostawca części zleca wykonanie tego elementu firmie, która tnąc koszty nie jest w stanie spełnić norm lub je spełnia balansując na cienkiej granicy. To właśnie balansowanie jest przyczyną pojawiających się usterek. Użytkownicy chcą mieć tani produkt, który będzie działał latami, tylko że jest pewien problem, nie istnieje coś takiego jak produkt tani i trwały, który będzie działał latami. Trochę jesteśmy sami sobie winni zaistniałej sytuacji, którą producenci potrafią bardzo dobrze wykorzystać.

      Czy pomysł na biznes wziął się z „przysłowiowego życia”?

      Kilka lat temu zepsuł mi się monitor topowej firmy, której nazwy oczywiście nie wymienię. Z uwagi na to, że koszt naprawy byłby większy niż koszt zakupu nowego monitora, odpuściłem i kupiłem nowy. Powstała wtedy myśl, że skoro coś już się zepsuło i w zasadzie ścieżka życia urządzenia dobiegła końca, to chciałbym podzielić się tą nowiną z innymi, a najlepiej tak, aby dowiedział się o tym producent. Wybór padł na medium jakim jest Internet, a z racji tego, że nie było takiego serwisu, postanowiłem, że go stworzę.

      Jak wyglądał proces budowania bazy fachowców? 

      Fachowcy rejestrują się sami, serwis ich pozyskuje bazując na reklamie w mediach społecznościowych. Dużą rolę odgrywa tutaj “Strefa zepsutych rzeczy”, która jest widoczna w wyszukiwarkach z powodu unikalnej treści i wabi fachowców do tego, aby dołączyli do społeczności.

      Ile osób obecnie miesięcznie korzysta z serwisu?

      Jest to nowy serwis, który dopiero raczkuje. Możemy się pochwalić na obecną chwilę dziesiątkami tysięcy wejść, ale to dopiero początek.

      Jakie najbardziej nietypowe naprawy, uszkodzenia, prośby czy pytania zdarzyły się od powstania portalu?

      Jeden z użytkowników portalu opisał przygodę ze swoim monitorem, którego musiał uderzać w “łeb”, aby działał dalej. Zdajemy sobie sprawę, że wylanie żali za zepsuty sprzęt to loteria pod względem użytego języka i jesteśmy na to gotowi. Z nietypowych pytań, które padły, to pytanie dotyczące księgowego, który nie mógł się zarejestrować, a jest przecież fachowcem. To co jeszcze posiadamy fajnego to aplikacja na smartfony do obsługi “Strefy gwarancji”. Często ktoś, kto kupuje sprzęt – telewizor, telefon, pralka – nie pamięta do kiedy ma gwarancję oraz gdzie jest ten paragon. Zbudowaliśmy aplikację, która umożliwia katalogowanie wszystkich gwarancji i robienie zdjęć paragonom wprost z aplikacji. Mamy wtedy przypomnienia o tym, że kończy się gwarancja i wiemy w razie awarii sprzętu: “gdzie jest cholerny paragon”. Sklepy akceptują zdjęcia paragonów pod warunkiem, że są czytelne i widać na nich numer niezbędny do wydrukowania duplikatu.

       

       

  • Czas na wege. Warszawski portal pomaga znaleźć lokale z kuchnią roślinną

    • – Coraz więcej Polaków przechodzi na kuchnię roślinną, nawet jeśli nie w pełni, to ograniczają spożycie mięsa, więc lokale vege to dla nich świetna alternatywa na niedzielny obiad czy lunch. Niedawno portal HappyCow uznał Warszawę, jako trzecie, najbardziej przyjazne weganom miejsce na świecie. To o czymś świadczy – opowiada w rozmowie z Bliżej Biznesu Łukasz Karaś z portalu Vegetime.pl.

      Bliżej Biznesu:– Ile restauracji oferujących posiłki dla wegetarian i wegan skupia obecnie Vegetime.pl? Czy można określić ile działa ich w Polsce?

      Łukasz Karaś:– W samej Warszawie mamy około 150 lokali wegetariańskich, wegańskich oraz mięsnych, ale posiadających szeroką ofertę vege. Biorąc to pod uwagę – myślę, że w naszym kraju może być około 500 tego typu restauracji.

      Jak popularność tego typu restauracji rozwijała się w ostatnim czasie?

      Mamy prawdziwy boom na lokale z kuchnią roślinną. Średnio w miesiącu otwiera się ich 4–5. Taki przyrost był nie do pomyślenia, np. jeszcze 5 lat temu. Coraz więcej Polaków przechodzi na kuchnię roślinną, nawet jeśli nie w pełni, to ograniczają spożycie mięsa, więc lokale vege to dla nich świetna alternatywa na niedzielny obiad czy lunch. Niedawno portal HappyCow – odpowiednik vegetime.pl tyle, że na cały świat – uznał Warszawę, jako trzecie, najbardziej przyjazne weganom miejsce na świecie. To o czymś świadczy.

      W których regionach kraju restauracje wegetariańskie i wegańskie są najbardziej popularne? I co najczęściej króluje w menu w takich lokalach?

      Jak to zwykle bywa, im większe miasto, tym większe zapotrzebowanie na kuchnię roślinną. Prym wiedzie Warszawa, ale bardzo dobrze jest także w Poznaniu, Łodzi, Krakowie czy Trójmieście, choć pojedyncze lokale wege można spotkać także w mniejszych miejscowościach. Kuchnia wegetariańska jest dość różnorodna: w lokalach wege zjemy przede wszystkim hummusy – lub inne pasty roślinne – z pitą, falafele na talerzu lub w „kebabach”, serek tofu na różne sposoby, kotleciki sojowe, czy sejtan, które bardzo dobrze zastępują mięso, a także moc potraw skomponowanych z samych warzyw i grzybów. Każdy typ kuchni ma do zaoferowania coś innego: wegetarianie mogą przebierać w potrawach azjatyckich, bliskowschodnich, amerykańskich – są nawet burgery – czy w końcu w naszej polskiej kuchni – w tym przypadku trzeba koniecznie spróbować wegetariańskiego tatara.

      Jak działa wyszukiwarka Vegetime.pl? Czy użytkownik dostaje informacje o lokalach usytuowanych w pobliżu? Czy ma również szansę na dodatkową filtrację?

      Wyszukiwarka vegetime.pl pokazuje użytkownikowi lokale wegetariańskie usytuowane w pobliżu. Może także wyszukiwać restauracje w okolicy konkretnego adresu czy danej dzielnicy miasta. W wyborze odpowiedniego lokalu pomagają także filtry np. rodzaj serwowanej kuchni – burgery, kuchnia izraelska, wegetariańskie pizze, sushi, a także dodatkowych udogodnień – np. lokale z daniami bezglutenowymi, z ogródkiem letnim, przyjazne zwierzętom czy serwujące alkohol.

      Jak narodził się pomysł na stworzenie Vegetime.pl?

      Pomysł, jak zwykle, powstał z potrzeby. W Polsce nie było tego typu portali, a posiadam spore grono znajomych wegetarian, z którymi często jadam na mieście. Niestety, pomysły na nowe lokale szybko się skończyły, dlatego postanowiłem stworzyć wyszukiwarkę takich lokali. Początkowo na samą Warszawę, w której mieszkam, ale nim się spostrzegłem, na portalu pojawiły się także Poznań, a potem Łódź.

      Ile kosztuje uruchomienie takiej wyszukiwarki?

      Uruchomienie tego typu portalu to nie jest duży wydatek, o ile jest się programistą (uśmiech). Pieniądze musiałem zainwestować tylko w grafika, reszta to setki godzin mojej własnej pracy, ale było warto. Nie korzystałem z żadnych dotacji ani kredytów, poświęciłem na portal własne środki.

      Jak można zarobić na tego typu wyszukiwarce? Czy najczęściej jest to model, w którym pobiera się opłaty abonamentowe od restauracji, których profile znajdą się na takiej stronie?

      Na takiej wyszukiwarce ciężko jest zarobić. Branża gastronomiczna jest niezwykle trudna, właściciele restauracji nie chcą płacić nawet kilku złotych miesięcznie za promowanie swojego lokalu. Wyjściem są reklamy, ale osobiście nie jestem ich fanem, zresztą na stronie musi być bardzo duży ruch, aby monetyzowały. Najlepszym wyjściem jest dodatkowe, abonamentowe promowanie niektórych lokali, którym zależy na wybiciu się i trafieniu do nowej grupy odbiorców.

      Czy w Polsce istnieje duża konkurencja w tego typu segmencie? Czy istnieją strony o podobnej tematyce? Czy mają bogatą bazę i wykonanie?

      W Polsce nie ma innych tego typu portali. Jest kilka lokalnych grup na Facebooku zajmujących się lokalami vege/vegan w danym mieście i to wszystko. Vegetime.pl łata tę dziurę.

      A jak to wygląda na świecie? Gdzie i jak działają największe tego typu portale?

      Największym na świecie portalem dla wegetarian jest happycow.net – wyszukiwarka lokali vege na cały świat. Ma jednak poważną wadę – ich baza jest bardzo rzadko aktualizowana, przez co lokale już dawno zamknięte widnieją jako działające, natomiast nowe miejsca pojawiają się z dużym opóźnieniem. Na vegetime.pl dbamy o aktualny stan rzeczy.

      Wiem, że jest pan programistą z wieloletnim stażem, właścicielem innych start-upów. Czy mnogość projektów pomaga?

      Mnogość projektów i pomaga i przeszkadza. Z jednej strony trzeba swoje środki – czas i pieniądze – przeznaczyć na większą liczbę startupów, z drugiej strony każdy nowy projekt to nowe doświadczenie, które pomaga prowadzić pozostałe.

      Jakie jeszcze projekty obecnie pan realizuje?

      Obecnie najbardziej skupiam się na rozwoju portalu znajdzlunch.pl – jest to wyszukiwarka ofert lunchowych na terenie Warszawy. Działa podobnie do vegetime.pl, ale założenie jest inne: lokale, które zdecydują się z nami współpracować – współpraca jest darmowa – otrzymują dostęp do panelu zarządzania, przez który codziennie mogę dodać swoje dzienne menu. Użytkownicy, korzystając z wyszukiwarki i filtrów mogą szybko sprawdzić, co taniego i smacznego można zjeść w pobliżu. Innym projektem, już z kilkoletnim stażem, jest zlapgrafika.pl – portal wychodzi z pomocną ręką firmom, które potrzebują nowego logotypu, projektu strony czy innej formy graficznej. Użytkownik zakłada konkurs, pisze, czego potrzebuje, wybiera, ile jest w stanie zapłacić za projekt, a następnie setki grafików zgłaszają swoje prace, z których zleceniodawca ostatecznie wybiera jedną. Obecnie pracuję także nad nowym portalem, który może zrewolucjonizować branżę transportową w naszym kraju, ale na razie więcej szczegółów zdradzić nie mogę.

      Ile start-upów, projektów biznesowych uruchomił pan w swoim życiu?

      Na własny użytek stworzyłem ich kilkanaście. Wychodzę z założenia, że jeśli jest dobry pomysł, należy go zrealizować. Wolę stworzyć projekt, który poniesie porażkę, niż nie spróbować. Kto nic nie robi, ten nic nie ma.

      Czy planuje pan rozszerzenie działalności poza nasz kraj?

      Na razie planuję rozszerzenie projektu na inne miasta Polski. Jeśli się to powiedzie, a odzew będzie duży i pozytywny rozważę ekspansję poza granice Polski.

  • Papierniczeni – Miłość do papieru w cyfrowych czasach

    • – Nurt cyfrowy i analogowy przenikają się i rozwijają równolegle. Nie sądzę, aby dążeniem człowieka było zwirtualizowanie życia w stu procentach. Już można zaobserwować, że się przed tym bronimy i wracamy do celebracji prostych, fizycznych czynności, takich jak pisanie, czy szkicowanie – mówi Magda Konik – Machulska, współzałożycielka marki Papierniczeni. Rodzinna firma zajmuje się projektowaniem, produkcją i sprzedażą designerskich wyrobów papierniczych.

      Bliżej Biznesu:– Czy nazwa strony, Papierniczeni, odzwierciedla waszą miłość do papieru?

      Magda Konik – Machulska:– Odkąd pamiętam, uwielbiałam zeszyty, notesy, przybory do pisania. W latach szkolnych obcowanie z takimi przedmiotami było codziennością, teraz jest świadomym wyborem. W nazwie Papierniczeni udało się w dowcipnej i zapamiętywalnej formie zawrzeć nasz stosunek do papieru – czasami nieracjonalny i na granicy fetyszu. Zauważyłam, że nazwa ta ma dodatkową zaletę – angażuje naszych odbiorców, sprawia, że mówią o sobie „jesteśmy papierniczeni”.

      Skąd wzięło się tak duże zamiłowanie do papieru, w niektórych wywiadach nazywane „szajbą”?

      To mogą być różne czynniki. Papier pobudza do tworzenia i wyzwala w nas kreatywność, już od najmłodszych lat korzystamy z niego w taki sposób. Kredki i arkusz to uniwersalne zabawki, które od pokoleń potrafią zająć niejedno dziecko na dłuższą chwilę. Wiele osób odkrywa na nowo potencjał odręcznego notowania i szkicowania w swoim dorosłym życiu. Bywa, że takie powroty mają charakter nostalgiczny i wynikają z tęsknoty za światem bez wszechobecnych ekranów.

      Co takiego papier ma w sobie, że można na jego punkcie zwariować?

      Dla mnie ważne są dwie rzeczy – zeszyt czy książka jako obiekt zawsze mnie pociągały i stanowiły ciekawy temat do zaprojektowania. Okładka, sposób łączenia kart, zastosowane papiery czy wykończenia drukarskie – za pomocą dobrze dobranych detali można stworzyć piękny przedmiot, a ja lubię takimi się otaczać. Drugą rzeczą jest element spowolnienia. Notowanie na papierze mnie wycisza, pomaga się skoncentrować i dobrze zorganizować. To taki trening uważności.

      Jak i kiedy narodził się wasz biznes?

      Pomysł narodził się w styczniu 2014 roku. Jestem osobą, która dosyć szybko przechodzi do działania i realizację rozpoczęłam wiosną tego samego roku. Prowadziłam wówczas kilkuosobowe studio graficzne i Papierniczonych rozwijałam równolegle do codziennej pracy studia. Pomysł spotkał się z dobrym odbiorem i coraz bardziej mnie angażował. Od ponad roku wspólnie z mężem zajmujemy się już tylko tym.

      Wiemy z wywiadów, że zaczęło się od sklepu internetowego z papierniczymi produktami z Polski i ze świata. Jak wyglądała ich selekcja?

      Początkowo były to produkty polskich, niszowych twórców, koncentrowaliśmy się na wyrobach wykonanych z papieru, czyli notatnikach i szkicownikach. W tzw. międzyczasie rozszerzyliśmy koncepcję o przybory do pisania i akcesoria związane z biurem. Dosyć szybko w naszej ofercie pojawiły się też europejskie i azjatyckie marki. Bardzo starannie dobieramy asortyment, przedmioty muszą być świetnie zaprojektowane i wykonane. W naszym sklepie są też rzeczy kultowych, wielkich marek, ale zwracamy uwagę na to, żeby nie były to masowe produkcje słabej jakości.

      Który kraj na świecie produkuje najwięcej przedmiotów z papieru?

      Trudno odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ przemysł papierniczo – celulozowy jest złożoną gałęzią przemysłu i obejmuje nie tylko wyroby papiernicze, ale również opakowania, reklamę czy wydawnictwa. Z tego względu cały czas zapotrzebowanie na produkcję papieru wzrasta. Pracuje się nad tym, żeby osiągać jak najwięcej dobrej jakości papieru w możliwie najbardziej ekologiczny sposób. W Europie największą ilość pulpy papierowej produkują Szwecja i Finlandia, natomiast najwięcej papieru wytwarzają Niemcy. Z tego, co wiem, światowym gigantem są Chiny zapewne ze względu na ogólną tendencję przenoszenia produkcji do krajów azjatyckich, w tym właśnie do Chin. Dlatego też w 2017 roku prawie połowa globalnej produkcji papieru odbywała się właśnie w Azji. Na drugim miejscu jeszcze niedawno znajdowały się kraje Ameryki Północnej, a za nimi państwa zrzeszone w CEPI, czyli Europejskim Stowarzyszeniu Przemysłu Papierniczego. Jeśli chodzi o kulturę papieru i zamiłowanie społeczeństw do korzystania z wyrobów papierniczych sławna jest Japonia, a w Europie Francja i Niemcy.

      Od trzech lat tworzycie własne linie notesów i papeterii. Jak narodziła się ta koncepcja?

      Prowadząc wcześniej studio graficzne, zdobyłam umiejętności, które pozwalają mi projektować wzory produktów i odpowiednio przygotowywać je do druku. To było dla mnie zupełnie naturalne, aby zaproponować naszym klientom coś stworzonego przez nas.

      Jak wygląda projektowanie? Kto odpowiada za tę część biznesu?

      Papierniczonych tworzymy wspólnie z moim mężem Piotrem. Ze względu na moje wcześniejsze doświadczenia zawodowe to ja odpowiadam za kreacje. Mój proces przechodził różne metamorfozy i mam poczucie, że staje się coraz bardziej racjonalny i skierowany na użytkownika. Początkowo działałam spontanicznie, opierając się na eksperymencie i potrzebie stworzenia czegoś oryginalnego. Obecnie zwracam ogromną uwagę na funkcjonalność i ponadczasowość. Wszelkie formy ekspresji staram się ograniczyć do subtelnych detali i smaczków. Natomiast niezmiennym elementem procesu projektowania jest to, że pracę zaczynam od szkiców i przeglądania wzorników papieru. To najbardziej interesujący i wymagający etap, w którym zapadają najważniejsze decyzje, później jest już z górki.

      Jak – opisując obrazowo – wygląda produkcja?

      W produkcji kluczowi są dla nas sprawdzeni podwykonawcy i współpracownicy. Wszelkie prace związane z drukiem odbywają się na zewnątrz, gdyż wymagają olbrzymich maszyn poligraficznych. U nas wykonujemy prace introligatorskie. Wygląda to w ten sposób, że drukarnia dostarcza nam gołe, surowe bloki, a my oprawiamy je na różne sposoby, korzystając z prostszych i mniejszych maszyn. Niedawno urządziliśmy naszą nową, przestronną pracownię w Krakowie. Udało nam się znaleźć lokal, który łączy funkcję sklepu i warsztatu, co było naszym wielkim marzeniem. Nowe miejsce ma dużą witrynę od strony ulicy i obszerne zaplecze z całym naszym produkcyjnym bałaganem.

      Czy papier – w kontekście coraz popularniejszych gadżetów elektronicznych – jest zagrożony? Czy jest taka opcja, że tradycyjny papier zostanie zastąpiony cyfrowym odpowiednikiem?

      Jestem zwolenniczką tego, aby papier został zastąpiony technologią tam, gdzie to możliwe, na przykład w dokumentacji księgowej czy codziennej prasie. Jednak pewnych zmysłowych aspektów związanych z papierem i pisaniem ręcznym nie da się odtworzyć za pomocą urządzeń elektronicznych. My również jesteśmy mocno osadzeni w kulturze cyfrowej, korzystamy z urządzeń mobilnych czy kanałów społecznościowych, ale w naszym codziennym życiu nie zrezygnowaliśmy z kartki papieru. Nurt cyfrowy i analogowy przenikają się i rozwijają równolegle. Nie sądzę, aby dążeniem człowieka było zwirtualizowanie życia w stu procentach. Już można zaobserwować, że się przed tym bronimy i wracamy do celebracji prostych, fizycznych czynności, takich jak pisanie, czy szkicowanie.

      Jak będzie się rozwijać ta branża? Co się może wydarzyć w ciągu najbliższych lat?

      Sądzę, że przemysł papierniczo – celulozowy będzie się rozwijał tak jak do tej pory, gdzie przez cały czas odnotowuje on wzrost – czy produkcji, czy zapotrzebowania. Jednak myślę, że społeczeństwa są coraz bardziej świadome, jakie zagrożenia niesie nieodpowiedzialna produkcja, dlatego będą wywierać nacisk na producentów, aby ich działalność była bardziej przyjazna środowisku, wydajna oraz odpowiedzialna.

      Tradycyjny papier, jak podkreślają często ekolodzy, ma tylko jedną wadę – powstaje na skutek wycinki lasów. Jak produkować odpowiedzialnie papier? I jak kupować odpowiedzialnie?

      Współcześnie technologia idzie naprzód w prawie każdej dziedzinie – również w przemyśle papierniczym. Udoskonalenia potrzebne są właściwie na każdym etapie produkcji, a w szczególności w ograniczaniu wpływu na środowisko. Przykładowo, obecnie zamiast chloru do wybielania, stosowany jest bardziej przyjazny ozon, wykorzystywane są też nowoczesne maszyny do suszenia, które ograniczają emisję CO2. Wszystkie te rzeczy składają się na większą wydajność i bardziej ekologiczne podejście do produkcji papieru.

      Na pewno dobrym pomysłem jest kupowanie papieru z recyklingu. Wtedy wiemy, że do produkcji naszego piórnika, notesu czy kalendarza nie zostały ścięte dodatkowe drzewa. Dobrą praktyką jest także korzystanie z papierów z odpowiednimi certyfikatami – PEFC czy FSC. Dzięki temu mamy pewność, że surowce pochodzą z odpowiedzialnie zarządzanych lasów i spełniają odpowiednie standardy. Paradoksalnie mi, jako sprzedawcy i producentowi wyrobów papierniczych, wcale nie zależy na tym, żeby ludzie kupowali więcej i więcej notesów, których nie potrzebują. Chodzi o to, aby świadomie wybrali taki, który będzie dobrze i odpowiedzialnie zaprojektowany i będzie służył przez najbliższych kilka miesięcy czy lat. Są osoby, które zachowują swoje notatniki przez całe życie, to zazwyczaj bardzo piękna pamiątka.

      A co cieszy się u was największym zainteresowaniem?

      Największym zainteresowaniem cieszą się plannery i przybory do pisania. W szczególności pióra wieczne, co jest bardzo ciekawe, bo to dosyć tradycyjny i wymagający instrument. Zauważyliśmy, że wiele zakupów dokonanych w naszym sklepie to prezenty, dlatego planujemy wprowadzić dobrej jakości papiery pakowe i kartki okolicznościowe, które będą stanowiły alternatywę względem mało ciekawych, ogólnodostępnych wzorów.

      Korzystacie na co dzień z e-booków?

      Zdecydowanie korzystamy z e-booków. Są bardzo przydatne, w szczególności w podróży, albo podczas lektury w obcym języku, bo pozwalają na wygodne korzystanie z wbudowanych słowników. Nie jesteśmy radykalni i nie rezygnujemy z nowych technologii. One wiele rzeczy ułatwiają i pomagają nam rozwinąć biznes. Natomiast w obcowaniu z papierem widzimy wielką przyjemność i staramy się to celebrować.