Słodki biznes – francuskie makaroniki w wersji polskiej
Home / Mój biznes / Słodki biznes – francuskie makaroniki w wersji polskiej

Słodki biznes – francuskie makaroniki w wersji polskiej 1

– Pierwsza pracownia została uruchomiona w Warszawie. Metodą prób i błędów uczyliśmy się, jak ma wyglądać produkcja makaroników. Okazuje się bowiem, że nawet wilgotność powietrza może zepsuć te delikatne ciasteczka – mówi Paweł Sypniewski, współzałożyciel warszawskiej pracowni cukierniczej Sucré. 

Jak smakują makaroniki?
Słodkie, delikatne, francuskie ciasteczka produkowane z mąki migdałowej i bezy. Upieczone warstwy przekłada się ganaszami w różnych smakach. My bazujemy na ganaszach czekoladowych. Do tego trafiają różne dodatki: owoce, kwiaty, alkohol, orzechy. Te ciasteczka poznaliśmy przypadkiem przez pewną Francuzkę, która poczęstowała mojego kolegę. Ten z kolei był zachwycony smakiem i przywiózł je do Polski. Pomyśleliśmy wtedy, że takiego produktu w Polsce brakuje.

Zawsze pan marzył o takim biznesie?
Nie wiem, czy o takim. Przez wiele lat pracowałem w korporacjach. Lubię wyzwania. Uznałem, że ten projekt będzie ciekawym wyzwaniem.

Czym zajmował się pan w korporacji?
Karierę zawodową zaczynałem w firmach doradczych z tzw. wielkiej czwórki. Zajmowałem się fuzjami, przejęciami, generalnie finansami. To dało mi pewne spojrzenie biznesowe i poczucie, że mogę podjąć się takiego wyzwania. Wcześniej, jeszcze podczas studiów, pracowałem również w prężnych restauracjach w Nowym Jorku na Manhattanie. To były moje pierwsze doświadczenia w gastronomii i bardzo miło to wspominam.

Makaroniki to we Francji produkt bardzo popularny, a w Polsce?
To prawda, można je kupić praktycznie w każdej francuskiej cukierni. U nas makaroniki to produkt ekskluzywny. Trzeba włożyć dużo wysiłku, żeby takie ciasteczka wypromować.

Nie żałował pan, że rzucił wygodną pracę?
Oczywiście, że czasami pojawiały się myśli, że tamta praca była wygodna: stabilne wynagrodzenie, służbowe auto, generalnie mniej zmartwień. Przez pewien czas musiałem obie rzeczy godzić jednocześnie, tak aby finansowo dać radę. Podchodziłem do całego biznesu, jak do zadania, które można zrealizować. Im więcej czasu poświęcałem temu słodkiemu projektowi, tym bardziej się w to wkręcałem. Dobrze czuję się w roli przedsiębiorcy. Przede wszystkim rozmowy z klientami są naprawdę przyjemne.

Kiedy uruchomiliście pierwszą pracownię?
To było cztery lata temu. Pierwsza pracownia została uruchomiona w Warszawie. Metodą prób i błędów uczyliśmy się, jak ma wyglądać produkcja makaroników. Okazuje się bowiem, że nawet wilgotność powietrza może zepsuć te delikatne ciasteczka. Nie można iść na skróty. Jeżeli mąka migdałowa nie będzie odpowiedniej jakości, to nie będziemy mieć charakterystycznej skorupki. Ganasz makaronika jest w dużej mierze odpowiedzialny za odczucia smakowe. Jeśli zostanie wyprodukowany ze składników słabej jakości, to ciasteczka nie będą smakować, jak te francuskie.

Ile wydaliście na start?
Początkowe wydatki to około 200 tysięcy złotych. Pieniądze pochodziły z oszczędności i kredytu. Jednocześnie uruchamialiśmy kilka wysp w centrach handlowych. Chodziło o to, aby przedstawić ten produkt i trafić do szerszego grona klientów.

Po makaronikach pojawiły się kolejne produkty.
Cały czas inwestujemy, rozwijamy biznes. Uruchomiliśmy produkcję „Lodów Rzemieślniczych” z naturalnych składników, bez sztucznych barwników z tzw. „Czystą Etykietą”. Ciągle poszerzamy ofertę produktów cukierniczych. Całą produkcję i pracownię mamy w Warszawie. Radzimy sobie z logistyką. Mamy punkty w Łodzi, Poznaniu. Trzon pracowni to około 10 pracowników, ale w sumie nad całością pracuje kilkadziesiąt osób. Od jakiegoś czasu pracujemy też z franczyzobiorcami. Zamierzamy poszerzać dystrybucję i dalej się rozwijać miedzy innymi właśnie poprzez nowe punkty franczyzowe. Ciągle pojawiają się ciekawe możliwości nowych lokalizacji, ale nie wszystkie sami jesteśmy w stanie zrealizować, dlatego szukamy partnerów do rozwijania sieci dystrybucji.

A co na to wszystko pana znajomi z dawnej pracy?
Na początku znajomi powątpiewali, że się uda. Dzisiaj już nie kręcą głowami. Nic nie rodzi się bez wysiłku, bez bólu. Mam nadzieje, że przyjdzie dzień, że z całą pewnością powiem, że było warto. Teraz zdaje sobie sprawę z kosztów jakie ponosimy. Własna działalność zawsze idzie na pierwszy plan. Wolę kupić nową maszynę np. do produkcji lodów, niż nowy samochód. Tak to działa, kiedy rozwija się firmę. To masa wyrzeczeń, ciężka praca i wytrwałość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites