Rycerz Jedi kontra dłużnicy, czyli jasne i ciemne strony windykacji

Windykator

– W windykacji jesteś tak dobry, jak dobry był twój wynik za poprzedni miesiąc. To nie jest branża dla ludzi, którzy miesiącami lecą na opinii mglistego sukcesu sprzed lat – o pracy windykatora opowiada Markus Marcinkiewicz, autor książki „Zawodowy windykator”.

Bliżej Biznesu:– Mówią o panu: ”Samuraj i rycerz Jedi, rozpościerający nad dłużnikiem anielskie skrzydła”. Ile w tym stwierdzeniu jest prawdy?

Markus Marcinkiewicz:– To było dość niefortunne stwierdzenie Dziennika Gazety Prawnej, w którym więcej było uszczypliwości niż prawdy, ale faktycznie taka reputacja do mnie przylgnęła. Windykator ma więcej wspólnego z zasadami samurajów i rycerzy Jedi niż mogłoby się wydawać. W swojej książce „Zawodowy Windykator” pisałem, że zadaniem Jedi jest chronić i bronić słabszych, a także szanować życie, w każdej jego formie i dążyć do rozwoju poprzez edukację. Windykator nie jest łysym, tępym osiłkiem w BMW tylko negocjatorem, doradcą, a czasami także terapeutą, bo musi zmagać się z największymi ludzkimi tragediami, dramatami, które często stawiają konsumenta na krawędzi depresji i rezygnacji z walki o lepsze życie. Jasne, że nie da się ze wszystkimi spokojnie rozmawiać, ale windykacja to rozmowa o długu i nie zawsze może być przyjemna. Tak samo jak Rycerze Jedi, czasami windykator musi przejść do stanowczych negocjacji.

Skąd wzięła się fascynacja „Gwiezdnymi Wojnami”? Jak takie działanie rycerza – windykatora wygląda w praktyce?
„Gwiezdne Wojny” zawsze mnie fascynowały. Jeszcze jako negocjator telefoniczny pracujący w bankach i firmach windykacyjnych próbowałem swój sposób rozmowy z dłużnikami wzorować na kodeksie Rycerzy Jedi. Gramy emocjami, ale nie ulegamy emocjom i nie dajemy się im ponieść, nawet wtedy, gdy dłużnik dopuszcza się wyzwisk, gróźb karalnych, czy poniżania naszych rodziców, żon, dzieci. To cienka granica, po której można poznać czy windykator jest Jedi, czy Sithem. Nie zapominajmy, że Rycerze Jedi czasami mogą być stanowczy i surowi, ale nigdy nie wolno im ulec Ciemnej Strony Mocy i stosować nieetycznych i zakazanych praktyk, bo stają się wtedy Sithami. W swojej karierze miałem do czynienia z wieloma windykatorami, którzy chodzili na skróty i odzyskiwali należności za wszelką cenę. Takie zachowania są niedopuszczalne, ale trzeba też pamiętać, że istnieje różnica między znieczulicą, a uczciwym i sumiennym wykonywaniem swoich obowiązków służbowych. W ocenie kogoś z zewnątrz zbyt łatwo można się pomylić w tych kwestiach.

Pamięta pan pierwszą windykację?
Tak. Pamiętam doskonale. To była wyjątkowo niemiła osoba. Człowiek zastraszał mnie znajomościami w prokuraturze i w sądzie. Nie miałem informacji o tym kim jest, tylko dane dotyczące długu za niezapłacone rachunki. Po jakimś czasie okazało się, że człowiek był niezłym ściemniaczem, bo co prawda pracował w sądzie, ale jako konserwator powierzchni gładkich i miał z prawem do czynienia wtedy, gdy ściereczką sprzątał gabinety sędziów. Byłem wtedy świeżakiem, więc nie umiałem go zwindykować. Ten człowiek nauczył mnie jednak, że przez telefon każdy kreuje grę pozorów. Dwa światy. Matrix i ten rzeczywisty. To samo robi windykator. Rozmowa telefoniczna z dłużnikiem to zderzenie się tych dwóch światów. Kto, kogo przekona do swojego, ten wygrywa. A najlepiej jak wygrywa windykator, bo wtedy też wygrywa dłużnik, który spłacił swój dług i ma jeden ciężar lżej do dźwigania w swoim trudnym życiu. Gdy przegrywa windykator to najczęściej wygrywa komornik.


Dlaczego ludzie wpadają w długi? I gdzie jest granica między zdrowym – jeżeli takie istnieje – zadłużeniem, nad którym jesteśmy w stanie panować, a pętlą, która powoli zaciska nam szyję?

Nie wierzę w ściemy i kity wpajane konsumentom przez UOKiK, że konsumenci, parafrazując, to idioci, którzy, nie znają swoich praw. Jeśli jakikolwiek urzędnik w 2017 roku mówi coś takiego, to znaczy, że ostatnie 10 lat misji UOKiK, Rzecznika Praw Obywatelskich, KNF, a także wszelkich miejskich Rzeczników Praw Konsumenta to jedno wielkie fiasko. Klęska i niekompetencja, na którą wydano miliony publicznych pieniędzy, w tym nie tylko na kampanie społeczne, ale także na pensje zatrudnionych tam ludzi, które po prostu wyrzucono w błoto. Nie. UOKiK z resztą wymienionego towarzystwa swoją misję spełnili, aż nadto. Przeszli ze skrajności w skrajność. Doprowadzono do tego, że dług to nie powód do wstydu, a pomysł na życie. Ludzie mając minimalną krajową wyłudzają, o przepraszam „pożyczają”, z 40 firm pożyczkowych po 2000zł i w obecnych przepisach nie ponoszą żadnej odpowiedzialności, ani karnej, ani moralnej, ani etycznej, bo nauczono ich, że „jak dają, to trzeba brać i mieć w nosie czy się odda”. Konsumenci myślą, że jak ktoś jest na tyle głupi, żeby im dać pożyczkę mimo, że są w rejestrach dłużników, albo mają już komornika za kilka kredytów to nie jest to ich problem. Myślą: „Dawali, to brałem, niech się oni martwią”. I mają rację bo co im może zrobić komornik? Co mógł zrobić to zrobił, więc kolejny naciągnięty wierzyciel niech się ustawi w kolejce i czeka na swoją kolej. Od kilku lat twierdzę też, że pętla kredytowa, czy spirala kredytowa to obecnie łatwa wymówka dla każdego. Ustawy zdelegalizowały lichwę, więc nie ma już mowy o zauważalnej skali sytuacji, w której babcia na nagrobek pożyczyła „od człowieka z bramy” 2000zł, a do oddanie ma 200 tysięcy. Patologie są i będą, ale to niezauważalna szara strefa. Dziś tego rodzaju historie wykorzystuje się do wybielenia swojego poczucia uczciwości. Konsumenci są mądrzy w tłumaczeniu się: mam tylko minimalną krajową, mam chore dzieci, potrzebuję na leki, nie starcza na jedzenie. I to wszystko można zrozumieć tylko, gdzie była ta wiedza konsumenta gdy w ciągu 3 miesięcy z 40 firm wziął po 2000zł? Dziś nie ma co się przejmować spiralami kredytowymi, bo przy obecnej legislacji człowiek bez ukończonej szkoły podstawowej może przeczytać na forach internetowych jak z tych 40 firm łącznie złupić 80 czy 100 tysięcy, przekazać łup rodzinie, a potem bez żadnego wysiłku złożyć wniosek o upadłość i mieć w nosie wierzycieli i skarb państwa.

W jednym z wywiadów powiedział  pan tak: „dłużnik, który spłaca regularnie tyle, na ile go stać, jest dla mnie bohaterem”. Ilu takich bohaterów spotyka pan na swojej drodze?
To prawda. Cały czas tak uważam. Dziesięć lat temu współczułem każdemu, kto nie mógł płacić nawet 100 czy 200zł na swoje długi. Potem mentalność konsumenta zepsuł UOKiK i nauczyłem się od dłużników, że oni nie muszą przestrzegać warunków umów, regulaminów, mogą sobie bimbać na wyroki sądowe, a komornikowi śmiać się w twarz, bo wystarczy się wymeldować i pracować za minimalną krajową, aby byli nieściągalni. Nie można tych ludzi nawet nazwać cwaniakami, bo oni po prostu korzystają ze swoich praw i dziś oczywistą oczywistością jest niepłacenie swoich zobowiązań. Dlatego każdy kto wyłamuje się z głównego nurtu i płaci jest dla mnie bohaterem. Ci, którzy mają komorników i wielu wierzycieli, a mimo wszystko nie pokazują gestu Kozakiewicza czy środkowego palca i podejmują tytaniczny trud płacenia, tyle na ile ich stać, są jeszcze większymi bohaterami i chylę przed nimi czoła. Nikt mnie nie przekona, że niepłacenie jest normalne. Moja firma specjalizuje się w windykacji po bezskutecznych egzekucjach oraz pożyczek zarówno pozabankowych, jak i ze SKOK. Większość ludzi, których długi trafiają do mojej windykacji chce płacić. Nie płacą bo nikt nie umiał do nich dotrzeć. I nie mówimy tutaj o wysłaniu maila czy pisma. Konsumenci maile kasują, wrzucają do spamu, a pisma do śmietnika bez ich otwierania. Gdy telefony nie działają, a windykator terenowy nikogo nie zastaje pod danym adresem, albo dłużnik chowa się za kanapą i udaje, że go w domu nie ma, to dla większości firm windykacyjnych sprawa się kończy. My stosujemy zaawansowane techniki skip tracing, namierzamy aktualne numery telefonów i adresy. Docieramy do dłużników, do których nasi konkurenci nie dotarli. A gdy już dotrzemy do człowieka to w większości przypadków wystarczy go wysłuchać i dogadać się z nim. Po prostu, po ludzku. Jasne, że zdarzają się też tacy, którzy furią, wyzwiskami, agresją próbują nas zastraszyć. Wielu z nich wpada w spiralę długów tylko i wyłącznie dlatego, że windykatorowi nie udaje się do nich dotrzeć. Konsument wychodzi z założenia, że płaci tym, którym zależy na spłacie. A komu zależy na spłacie według ich oceny? Tym, którzy potrafią ich zastać, dodzwonić się.

Kim są antybohaterowie?
Niestety, są to osoby, które same sobie wyrządzają krzywdę. Najczęściej są to ludzie, którzy dadzą się nabrać na populistyczne brednie rozpowszechniane przez wszelakiej maści antywindykatorów z bożej łaski. Mamią konsumentów hasłami: „każdy dług jest fikcyjny, „nie płać”, albo „zleć nam za 50zł ochronę przed windykacją, a nic nie będziesz musiał płacić”. I ci biedni ludzie dają się na to złapać, jak muchy na lep. W końcu po co płacić tysiąc złotych, skoro za pięć dyszek nie będę musiał, prawda? Problem w tym, że taki antywindykator, niezależnie kim on jest, nie ponosi żadnej odpowiedzialności za swoje głupie rady. Do antywindykacji nie idzie się po rady jak płacić, tylko jak oszukać, by nie musieć płacić. Ci ludzie wierzą w brednie, a potem dostają nakaz sądowy na spłatę długu powiększony o koszty procesu, zastępstwa procesowego, potem dochodzą koszty egzekucji komorniczej, na koniec prowizja dla komornika od zabranych pieniędzy. A można było dług spłacić w kilku ratach. Najgorsze, że antywindykacja komercjalizuje, to co jest na wszelakich forach z pseudoradami dla dłużników: jak oszukać windykatora, sąd i komornika, by nie musieć płacić. Radcy prawni, adwokaci wcale nie są lepsi. Biorą niemałe pieniądze od biednych, zadłużonych konsumentów, a gdy się okaże, że ich rady były nic nie warte i konsument kończy z komornikiem to rozkładają ręce i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Tak jak UOKiK przed laty ostro wziął się za dokręceniu śruby windykatorom, tak teraz powinien zrobić porządek z wolną amerykanką antywindykatorów.

Czy zdarzało się panu zasmucić, wzruszyć, wkurzyć? Jakie sytuacje wywołują takie właśnie emocje?
Mimo, że zawodowy windykator musi grać na emocjach i nie może im ulegać, to czasami jest ciężko. Kiedy słyszy się, że zadłużony nie płaci, bo brał pożyczki, gdzie się dało, aby ratować życie swojego chorego na nowotwór dziecka to trudno zachować profesjonalizm i człowiek, po ludzku, współczuje i aż chce nagiąć procedury, aby maksymalnie ułatwić zadłużonemu spłaty. UOKiK z subtelnością buldożera, albo troglodyty z maczugą, wpaja wszystkim, że dług jest indywidualną sprawą konsumenta, ale dłużnicy mają to gdzieś. Obarczają nas najtrudniejszymi opowieściami, czasami prawdziwymi, częściej zmyślonymi, które mają na celu nas złamać psychicznie i postawić przed wyborem – okazać człowieczeństwo i złamać procedurę, czy bezdusznie postąpić zgodnie z procedurą? Windykatorzy często pękają i ulegają opowieściom dłużników. Niektórzy robią to, bo są słabi psychicznie, inni bo nie chcą, aby ktoś o nich powiedział, że są nieludzcy, a inni chcą mieć święty spokój sumienia. Są też tacy, którzy zamiast wierzyć w najbardziej łamiącą historię będą dopytywać o szczegóły, aby dowiedzieć się czy jest to fakt, czy opowiastka wymyślona na potrzeby tej rozmowy. Osobiście wiele razy dałem się nabrać. Wolę jednak dać się nabrać i ulec oszustowi, niż nie pomóc człowiekowi w wielkich kłopotach.

Jak działa zawodowy windykator?
Powinien przede wszystkim przeczytać moją książkę. Na marginesie, pod koniec roku powinien się ukazać od dawna oczekiwany drugi tom, a po nowym roku moja nowa książka pt. „To jest kraj dla dłużników”. Można się nie zgadzać ze wszystkim, co napisałem w pierwszym tomie, ale warto mieć tę wiedzę i skonfrontować swoje wyobrażenie windykacji z optyką, do której ja zachęcam w mojej książce.

Najtrudniejsza sytuacja w pana karierze? Taka, którą pamięta się do końca życia?
Jeszcze kiedy windykowałem przez telefon miałem kilka sytuacji, gdzie dłużnicy symulowali samobójstwo. Rozmowy z człowiekiem o długach to bardzo wrażliwy i niepewny obszar. Nigdy nie wiadomo, w jakiej sytuacji dłużnik odbierze telefon. Może minutę wcześniej dowiedział się, że ma raka? Może właśnie rzuciła go żona? Może właśnie dziecko wpadło mu pod samochód? Trzeba bardzo uważać. Ja miałem sytuację, w której oceniłem, że dłużnik może być niestabilny psychicznie i może coś sobie zrobić. Dłużnik zasymulował, że jest na moście i za chwilę z niego skoczy. Słyszałem krzyk i plusk, a następnie zerwanie połączenia. Przez kilka dni nie mogłem się dodzwonić. Byłem cały w nerwach. Dopiero później się okazało, że człowiek urządził teatrzyk i wrzucił telefon do wody. Dziś to brzmi zabawnie, ale miałem kilka bezsennych nocy.

W jednym z wywiadów opowiadał pan tak: ”Pracowałem  dla jednego z wrocławskich banków. Dłużnik zalegał 20 tys. zł. Wziął w banku oddalonym o 300 metrów kredyt na spłatę pieniędzy pożyczonych w moim banku. Musiałem wisieć z nim na telefonie od momentu, gdy wyszedł z tamtego banku i wszedł do mojego. Dlaczego? Żeby on z tymi pieniędzmi do nas dotarł”. Jakie jeszcze pokusy czekają na dłużników?

Tak było, to prawda, ale były to zupełnie inne czasu. Ludzie potrafili dostać pożyczkę, którą chcieli przeznaczyć na spłatę innych wypowiedzianych pożyczek, a po drodze kupowali telewizory, garnki za tysiące złotych, które nigdy nie były użyte i gniły pod zlewem. Dziś zdarza się to rzadziej. Banki oferują kredyty konsolidacyjne i same za dłużnika spłacają inne pożyczki. Nie ma już takiego ryzyka. Dziś, jeśli ktoś jest w stanie zorganizować kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy, albo nawet i kilka tysięcy, na spłatę długu to zanim je wpłaci chce ubić interes z windykatorem. Mówi: „Dobra, mam dług 20 tysięcy, mogę mieć 13 tysięcy. Czy jak je wpłacę to umorzycie mi resztę?” i za każdym razem windykator z wierzycielem zastanawiają się poważnie nad takimi propozycjami. Często jest tak, że do jednej firmy windykacyjnej trafią długi człowieka od kilku wierzycieli, powiedzmy na pięćdziesiąt tysięcy. A on mówi wprost – mam 30 tysięcy, zróbmy ugodę: wpłacę tyle, a mi 20 umorzycie. Jak nie będzie zgody to zapłacę innym windykatorom, którzy też czekają na moje pieniądze. Dla dłużników dziś pokusą jest wpłacić jak najmniej, aby jak najwięcej mieć umorzone. Znam przypadki, gdzie ludzie zalegali po 300 tysięcy, a fundusze kupujące długi zgadzały się umorzyć nawet 200 tysięcy jeśli pozostałość będzie wpłacona od razu. Interes na umorzenie to dziś największa pokusa dla dłużnika.

Jak bardzo zmienia sytuację dłużnika zmiana podejścia? Z „nie, nie oddam” na „oddam, ile mogę”? Na co może liczyć?
Bardzo. Zasada jest prosta – jak płacisz to ci wierzymy, jak nie płacisz to w wielką wątpliwość poddajemy twoje puste obietnice. Gdy dłużnik zaczyna płacić, to windykator nie musi jego sprawom poświęcać, aż tak dużo uwagi. Może podjąć mniej czynności, a bardziej skupić się na tych, którzy nie zaczęli jeszcze płacić. Ten, który płaci, nawet mniej niż wymaga tego windykator, ale płaci, może liczyć na zmniejszenie intensyfikacji działań zarówno telefonicznych, smsowych, jak i terenowych.  Jak dłużnik płaci to jest milej traktowany, po prostu.

Czy ma pan jakiś pomysł na życie po windykacji?
Na dziś nie wyobrażam sobie życia po windykacji. Windykacja to najlepszy zawód na świecie. Codziennie ma się nowe wyzwania, nowych zadłużonych z ich nowymi historiami, problemami, opowieściami. W windykacji nie ma niczego stabilnego. Jeden z dyrektorów banków, w których pracowałem zawsze mówił, że w windykacji jesteś tak dobry, jak dobry był twój wynik za poprzedni miesiąc. To bardzo bezduszne i korporacyjne podejście, ale prawdziwe i słuszne. W tym miesiącu mogę być mistrzem i pobić wszelkie rekordy. Ale miesiąc się kończy, zaczyna nowy i wszystko się zeruję. Znów musze pracować na swój wynik. To nie jest branża dla ludzi, którzy miesiącami lecą na opinii mglistego sukcesu sprzed lat. Tu ciężko trzeba pracować na każdy miesiąc. To świetna kuźnia talentów. Kuźnia, która wielu łamie. Ale Ci, którzy przetrwają próbę charakteru nie zamieniliby tej pracy na żadną inną. Właśnie dlatego czasami siadam z moimi negocjatorami na call center i razem z nimi windykuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *