Przepis na porażkę

– Porażka była żartem, który zrobiłem będąc na bezrobociu. Fanpejdż zupełnie przypadkiem trafił w jakąś zbiorową emocję, zagospodarował poczucie frustracji tysięcy normalnych ludzi, którzy się szarpią z Polską. A z jakimi problemami się borykają? Z takimi, że nie mogą sobie kupić kurtki na zimę, albo zapłacić za dentystę. Że muszą miesiącami spłacać raty za wakacje raz na dwa lata. Albo z takimi, że zleceniodawca akurat nie może zapłacić za coś co się zrobiło 3 miesiące temu – mówi Kamil Fejfer, autor książki „Zawód”, dziennikarz freelancer, twórca Magazynu Porażka.

Bliżej Biznesu:– Jaka jest recepta na osiągnięcie porażki w życiu?
Kamil Fejfer:– Recepta jest dość prosta. Jeżeli mowa o Polsce, to wystarczy urodzić się w niezamożnej rodzinie. A takich jest przytłaczająca większość. To oczywiście nie gwarantuje, że się osiągnie porażkę, ale ją mocno uprawdopodobni. Proszę sobie zadać pytanie – kto szybciej będzie niezależny finansowo: osoba z małej miejscowości bez kapitału kulturowego i ekonomicznego, której nie stać na darmowy staż w korporacji, więc musi przewalać hamburgery, czy człowiek z zamożnej rodziny, który wchodząc w dorosłość dostał od rodziców nie tylko mieszkanie, ale również siatkę zamożnych znajomych, którzy wepchnęli go w intratne biznesy? Maciej Gdula w książce „Style życia i porządek klasowy w Polsce” przeprowadza wywiady z osobami z różnych warstw społecznych, między innymi z zamożnymi reprezentantami klasy wyższej. I na pytania o rozmowy kwalifikacyjne zawsze odpowiadają, że w zasadzie nigdy na żadnej nie byli, po prostu znajomy rozkręcał jakiś projekt i pytał, czy nie chcą się zaangażować.

Od czego zależy, czy ludzie osiągną niewymarzoną porażkę?
W moim przekonaniu w przeważającej mierze od otoczenia gospodarczego, polityki państwa, momentu kulturowego. Dlaczego w Bułgarii 35 proc. osób doświadcza tzw. deprywacji materialnej – czyli po prostu biedy – a w Szwecji jest ich zaledwie 0,8 proc? Dlatego, że Bułgarzy są 40 razy bardziej leniwi? Jak się przyjrzymy zamożności – a przecież w przeważającej mierze to wyznacza czy odnieśliśmy niewymarzoną porażkę – to okaże się, że mało zależy od nas. Spójrzmy na dochody według krajów. Okaże się, że rozstrzał między krajami na świecie w wypłatach za te same prace jest kilkudziesięciokrotny, nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę siłę nabywczą pieniądza. Znacznie przeceniamy swój udział w naszych zwycięstwach i niepowodzeniach. Nie ma w tym nic dziwnego, po prostu ewoluowaliśmy w środowisku, który preferował dowody anegdotyczne, a nie wiedzę opartą na danych. A te są bezlitosne – nasza zamożność w małym stopniu zależy od nas samych.

Czy Magazyn Porażka skierowany jest wyłącznie do ludzi, którzy ponieśli w życiu porażkę? Kim są odbiorcy? 
Porażka była żartem, który zrobiłem będąc na bezrobociu. Miała być bekowym fanpejdżem dla grona znajomych, ale rozrosło się do sporej machiny, która opowiada o rzeczach, o których raczej się milczy. Fanpejdż zupełnie przypadkiem trafił w jakąś zbiorową emocję, zagospodarował poczucie frustracji tysięcy normalnych ludzi, którzy się szarpią z Polską. A z jakimi problemami się borykają? Z takimi, że nie mogą sobie kupić kurtki na zimę, albo zapłacić za dentystę. Że muszą miesiącami spłacać raty za wakacje raz na dwa lata. Albo z takimi, że zleceniodawca akurat nie może zapłacić za coś co się zrobiło 3 miesiące temu.

Czy mówienie o błędach, niepowodzeniach jest potrzebne? W jaki sposób ma to pomóc człowiekowi w pracy? Życiu?
Nie chcę mówić w imieniu wszystkich ludzi świata. Dla mnie mówienie o tym, że nie wszystko wychodzi jest wyzwalające. To jest po prostu część doświadczenia – raz coś wychodzi, drugi raz nie wychodzi. I tych drugich razów jest więcej. Ale jest ich więcej, bo są obiektywne powody, żeby tak było. Trochę nie ufam ludziom, którzy portretują teflonowe życia na facebooku i insta hołubiąc ideologię „keep smiling”. Mam wrażenie, że są martwi w środku.

Czy Polacy mają problem z mówieniem o swoich porażkach życiowych?

To chyba nie jest kwestia Polskości, a pewnej normy, w którą obrósł konsumpcyjny kapitalizm. Brzmi trochę jak opowieść z niszowego kwartalnika lewicowego, ale proszę pomyśleć w ten sposób – w reklamach jest przedstawiamy świat uśmiechniętych ludzi. To nic, że na poziomie racjonalnym wiemy, że to ściema – podświadomie traktujemy to jako pewien wyznacznik: tak trzeba żyć. W telewizji również są ludzie, którym się udało. I na Pudelku też raczej nie znajdziemy przeciętnych pracowników call center, tylko osoby, które z jakiegoś – często zupełnie niezrozumiałego – powodu zyskały sławę i pieniądze. Przyznanie się do porażki w takim systemie jest jak donos na samego siebie – „patrzcie, jestem ciamajdą”. Ale ja uważam, że bycie ciamajdą jest spoko.

Jaka jest pana największa porażka?
Nie wiem czy to jest moja osobista porażka, raczej jest to porażka systemu i rynku, jego błąd. Chodzi o dziennikarstwo, branżę w której pracuję i z której dość ciężko jest się wyrwać. Stawki są niskie, praca uśmieciowiona, spóźnianie się z przelewami jest czymś absolutnie normalnym. Tekst ma być do końca tygodnia, wypłata może za 2 miesiące. A może nie. Może zapłacimy ci za ten tekst, a może nie. Może podpiszemy kolejną śmieciówkę, a może nie. To ogromy problem całej branży, której nikt nie narzucił żadnych mechanizmów kontroli. I teraz mamy do czynienia w zasadzie z dyktaturą najsilniejszych, którzy narzucają wszystkie warunki. Wśród osób o bardzo liberalnych poglądach na gospodarkę krąży taki mem: „tak będzie w akapie”. Akap, to anarchokapitalizm, czyli utopijne – dla mnie osobiście dystopijne – miejsce, gdzie państwo niemalże niczego nie reguluje, wszystko ma załatwić wolny rynek. Otóż ja wiem jak jest w akapie, bo w nim funkcjonuje na co dzień. Nie polecam – 1/10.

W jednym z wywiadów podkreślał pan, że właściwie to, co robi to „reinterpretacja dorobku ludzi, którzy mówią, że nie należy się poddawać i wszystko zależy wyłącznie od nas”. Dlaczego nie warto się motywować takimi słowami?
Bo to jest kłamstwo, bzdura, humbug. Od nas zależy bardzo niewiele. Nie jest przypadkiem, że Bill Gates jest dzieckiem z zamożnej klasy średniej ze Stanów Zjednoczonych, a nie niepełnosprawną kobietą z Beninu, która chorowała na polio. Oczywiście coś od nas zależy, ale bardzo dużo zależy od warunków wyjściowych. Nie jest też przypadkiem, że dzieci ludzi zamożnych raczej zostaną zamożnymi ludźmi, a dzieci ludzi biednych, zostaną ludźmi biednymi. Tu nie chodzi tylko o kwestię woli, ale o szereg obiektywnych czynników. Części z nich niemal nie da się przeskoczyć. Warto sobie po prostu z tego zdać sprawę. Oraz wiedzieć, że mówcy motywacyjni to w dużej części hochsztaplerzy, którzy biorą spore pieniądze za mydlenie ludziom oczu.

Jest pan rozczarowany światem? Polską?
Chyba tak. Być może dlatego, że jestem z natury marudą. Być może dlatego, że w ogólniaku w małej miejscowości z jakichś powodów wydawało mi się, że będę zarabiał w pierwszej pracy 7 tys. zł na rękę. Proszę nie pytać dlaczego tak sądziłem, sam próbowałem sobie przypomnieć i mi nie wyszło. A jest tak, że współpracuję z dużymi tytułami, robię duże projekty, napisałem tzw. ważną książkę i wciąż zdarza się, że nie wiem kiedy będę miał pieniądze na czynsz. Nie dlatego, że mało pracuję, tylko dlatego, że rynkowe stawki są niskie, a przelewy przychodzą dość dowolnie. To jest mega frustrujące i z utęsknieniem wypatruję dnia, kiedy państwo ureguluję tę wolną amerykankę.

Co jest największym problemem na polskim rynku pracy?
Polski świat pracy ma mnóstwo problemów. Dziesiątki. Niska wydajność pracy – a przypomnijmy, że wydajność zależy nie od pracowników, tylko od pracodawców, brak kontroli instytucjonalnej, niskie pensje, uśmieciowienie, przewaga strony pracodawców, niskie uzwiązkowienie. Polski rynek pracy choruje na zbyt wielki, neoficki liberalizm.

Czy historie, które pan opisuje w magazynie są prawdziwe? 
Historie opisywane w Magazynie Porażka to żarciki, najczęściej zlepione z tego, co zasłyszałem gdzieś na tak zwanym mieście, albo kanalizacja mojej własnej frustracji. Za to historie opisane w książce „Zawód” są już w 100% prawdziwe. Poza tym, że kilku bohaterom/bohaterkom zmieniłem imiona i miejsce zamieszkania, ponieważ sobie tego życzyli. I nie, nie jest to polska szkoła reportażu, nie sklejałem z trzech bohaterów jednego.

W jaki sposób Polacy radzą sobie z porażkami?
Wydaje mi się, że głęboko je ukrywają, również przez samymi sobą. To chyba nawet nie jest kwestia samookłamywania. Po prostu istnieje jakiś kierat codziennej rutyny, chodzi się do roboty, często pracuje się w nadgodzinach, przychodzi się, ogląda się serial, idzie się spać i tak się kręci. Podczas rozmowy z bohaterami „Zawodu” dopiero po zadaniu kilku pomocniczych pytań ludzie uświadamiali sobie, że ich świat nie jest światem, w którym jest fajnie. Ale to musiało wybrzmieć, ktoś musiał ich pociągnąć za język, a oni musieli to powiedzieć na głos, to musiało z nich wyjść. I wtedy pojawiały się bunt i frustracja.

Lepiej mieć jakąkolwiek pracę, czasem nawet beznadziejną, czy żadną?

Beznadziejna praca to beznadziejne życie. To ma nawet swoją nazwę: working poor, pracujący biedni, czyli osoby, które pomimo tego, że pracują nie są w stanie wygrzebać się z ubóstwa. Taka praca często jest niebezpieczna, monotonna, odmóżdżająca. I nie spełnia jednej ze swoich podstawowych funkcji – zapewnienia środków na życie. Proszę sobie odpowiedzieć na pytanie czy warto mieć taką pracę.

Jak taka strona facebookowa może zmienić świat?
Kiedyś podchodziłem sceptycznie do twierdzenia, że można zmieniać świat Facebookiem. Z drugiej strony Magazyn Porażka obrósł już w tyle przedziwnych inicjatyw, łącznie z całkiem głośną książką, że chyba zmieniam zdanie. Mam wrażenie, że jeżeli istnieje jakaś możliwość zmiany świata Facebookiem to pewnie przez zmianę języka, przez wrzucanie pewnych kwestii do tak zwanego dyskursu. Proszę zobaczyć – rozmawiamy, ileś osób przeczyta ten wywiad. A takich wywiadów okołoporażkowych ukazało się już naprawdę sporo. Z pewnością nie każdy się zgodzi z większością wyżej przedstawionych tez. Ale pewnie znajdą się też osoby, które odnajdą tutaj siebie.

Jaka jest pana marzenie?
Stabilna pensja norweskiej sprzątaczki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *