Mózg nie jest głupi
Home / Mój biznes / Mózg nie jest głupi

Mózg nie jest głupi 4

Początki były niełatwe. Kiedy wyjechałam do Anglii, nie byłam w stanie mówić, mimo świetnej znajomości języka. Miałam straszne blokady. Bałam się, że będą mnie oceniać, że się skompromituję. Spora część Polaków, którzy przeprowadzają się do Wielkiej Brytanii tak ma. Włącza się polski perfekcjonizm w stylu: „jak już coś powiem po angielsku, to musi być idealnie, bez błędów i z pięknym akcentem” – mówi Joanna Kulig – Borges neurolingwistka, założycielka Quantum – Language Coaching Institute w Warszawie. 

Można się samemu nauczyć dobrze języka obcego?
Oczywiście. Kiedy miałam siedem lat czytałam rosyjskie gazety, w ten sposób samodzielnie poznałam alfabet. Te literki były po prostu bardzo ciekawe. Później znalazłam jakimś cudem książkę do angielskiego  kilka historyjek po polsku i angielsku. W latach 80. to był rarytas. Nie było kaset z nagraniami z całego świata.

Co było potem?
Mama wysłała mnie na pierwszy kurs języka angielskiego, który uruchomiono u nas w Pile. Zapisało się ponad 40 osób. W trakcie zajęć okazało się, że większość rzeczy już znam, chyba z tej książki z polsko  angielskimi historyjkami. Znajomi zaczęli mówić: „a jak po angielsku to jest, to trzeba iść do Asi, ona przetłumaczy”. Jako 12-latka udzielałam nawet pierwszych korepetycji.

Komu?
Koleżance z kursu, była dwa lata młodsza ode mnie. Jej mama poprosiła, żebym „uczyła” jej córkę w soboty. „Płaciła” pomarańczami.

Na jakim poziomie był wtedy pani angielski?
Byłam zaawansowaną początkującą. Jak skończyliśmy omawiać książkę, to już sporo wiedzy było w głowie. Co ciekawe, ja angielskiego nigdy nie miałam w szkole, tylko rosyjski, a potem niemiecki i francuski. Ale na tyle dobrze się czułam w angielskim, że chciałam z niego zdawać maturę. Żeby to zrobić, musiałam przejść kilka egzaminów sprawdzających, np. czy nie odstaję od poziomu klasy. Kiedy pożyczyłam od koleżanek zeszyty z klas 1-3, to okazało się, że są tam zagadnienia gramatyczne, o których nawet nie słyszałam, bo uczyłam się angielskiego najpierw sama, a potem trochę prywatnie. Kupiłam sobie repetytorium. I po przeczytaniu z radością odkryłam, że gramatyka jest logiczna i ciekawa. Świetnie zdałam maturę, potem ukończyłam etnolingwistykę i wyjechałam do Wielkiej Brytanii. Pracowałam tam z dziećmi autystycznymi. Z Wielkiej Brytanii wyjechałam do Holandii, gdzie robiłam badania neurolingwistyczne, psycholingwistyczne, sprawdzałam za pomocą EEG, czyli specjalnych elektrod na głowie, jak mózg reaguje na mowę. Okazało się, że reaguje całe ciało, także mięśnie.

Start za granicą to pewnie była łatwizna, w końcu świetnie znała pani język angielski.
Początki były niełatwe. Kiedy wyjechałam do Anglii, nie byłam w stanie mówić, mimo świetnej znajomości języka. Miałam straszne blokady. Bałam się, że będą mnie oceniać, że się skompromituję. Spora część Polaków, którzy przeprowadzają się do Wielkiej Brytanii tak ma. Włącza się polski perfekcjonizm w stylu: „jak już coś powiem po angielsku, to musi być idealnie , bez błędów i z pięknym akcentem”. Pamiętam, że kiedyś siedziałam w klasie z dziećmi na podłodze, a dwie brytyjskie nauczycielki obok nas na parapecie. Chciałam zadać tym kobietom proste pytanie, w stylu: „co jutro robicie”? Nie byłam w stanie. Tak się bałam. Miałam tyle opcji językowych w głowie, że nie wiedziałam, którą wybrać. Pracuję z takimi „przypadkami” w moim projekcie coachingu językowego: odblokowujemy swobodne mówienie i kończymy ze stresem w angielskim.

Skąd ten strach?
W Polsce uczymy się suchej gramatyki. Jesteśmy latami przygotowywani do testów, zdajemy je i potem nic z tego nie wynika. Poza tym w szkołach nauczyciele skupiają się na wytykaniu błędów i ocenianiu, a to strasznie demotywuje. Ludzie potem boją się mówić, boją się gramatyki, boją się, że ktoś zacznie się z nich śmiać. Przykład: ostatnio natrafiłam w internecie na post o amerykańskich żołnierzach, którzy przylecieli do Polski. Ktoś na forum naśmiewał się, że w angielskim powitaniu w wykonaniu Polaków był błąd. Pomyślałam sobie: kurczę, dlaczego my jesteśmy wobec siebie tacy krytyczni? Ci żołnierze na pewno się ucieszyli, że zostali powitani we własnym języku.

Niektórzy twierdzą, że krytyczne podejście to najlepszy motywator.
Krytyczne podejście, krzyk, wizja kary chwilowo zmotywują, ale koszty tej motywacji będą ogromne. Owszem, wysoki poziom hormonu stresu, sprawi, że zrobimy wszystko, żeby wypaść jak najlepiej, ale na dłuższą metę to może doprowadzić do choroby, wycieńczenia. Kiedy poziom kortyzolu jest wysoki i długotrwały, to człowiek po prostu pada, niczym bateria. I za wiele się już nie nauczy. Ja wolę uczyć się z przyjemnością.

Ma pani takich zestresowanych klientów?
Oczywiście. Są klienci, którzy znają angielski, ale np. na spotkaniach biznesowych nic nie mówią, tak się stresują. Kiwają tylko głową: tak lub nie, albo mówią po polsku. Kiedy wróciłam po ośmiu latach do Polski, to trochę się dziwiłam, że nie tylko ja tak się czułam. A potem zaczęłam poszukiwać rozwiązań. Z czego jeszcze może to wynikać? Zaczęłam analizować moje holenderskie badania i wszystko zaczęło układać się w całość. My mamy wiedzę, ale nie potrafimy jej wykorzystać. Mamy blokady. One pojawiają się w nauce języka angielskiego, ale są jednocześnie i w innych dziedzinach. Czasem na zajęcia przychodzą ludzie, którym ciężko idzie przyswajanie angielskiego, mają problem z motywacją, po chwili okazuje się, że utknęli też życiowo. Raz był klient, który miał kilka biznesów i chciał je rozkręcić, ale nic nie robił w tym kierunku. Utknął i ciągle to powtarzał: utknąłem, utknąłem, utknąłem. Mózg nie interpretuje, bierze te słowa jako wyznacznik i realizuje ideę w życiu.

Pozytywne myślenie i mówienie wystarczy?
To nie jest takie proste. Nie wystarczy powiedzieć: „ojej, jak ja nie chce być biedny”.

Dlaczego?
Jak powtarzamy to zdanie, to mózg słyszy głównie słowo biedny. Absolutnie nie jest zmotywowany, żeby się wzbogacić. Mózg nie słyszy słowa „nie”. To tak jakby tam było: „chcę być biedny”.

To może zdanie: „chciałabym być bogata”?
Chciałabym to też złe stwierdzenie. Ludzie chcą przez wiele lat i nic nie robią. Słabo motywujące dla mózgu.

A „będę bogata”?
Też słabo. Dla mózgu istotna jest teraźniejszość. Jeśli ktoś mówi „będę”, to przesuwa sobie ten cel na nieznany termin, czyli nigdy. Tak samo niekorzystnie rozumiane są przez mózg konstrukcje typu: „coś zostało zrobione”. Hej, ale kto to zrobił? Nie wiadomo. Owacje na stojąco, ale dla kogo? Mózg nie wie, zatem nie ma motywacji, aby powtórzyć sukces.

A „jestem bogata”?
To też nie tak. Nasz mózg głupi nie jest. Myśli sobie wtedy: „jak to jesteś bogata, skoro nie jesteś?”. Najlepiej wprowadzić proces. Myśleć o tym, że z każdym dniem staje się bogatsza. Trzeba użyć konkretnych liczb. Mam na koncie tyle i tyle, z każdym dniem ta kwota zwiększa się o tyle i tyle. To działa na mózg najlepiej. Właśnie z takimi niekorzystnymi konstrukcjami językowymi rozprawiam się na sesjach coachingowych w projekcie „Lingwistyka Umysłu”.

Ile potrzebujemy czasu, żeby nauczyć się języka obcego?
To zależy od języka, zależy, w jakim stopniu się uczymy, korzystamy z niego na co dzień, w jakim kraju mieszkamy, czy mamy ten języka wokół siebie czy nie. Angielskie dziecko uczy się angielskiego na poziomie dorosłego przez ok. 12 lat. Obcokrajowcom wystarczy kilka lat, ale to nie może być godzina tygodniowo. To jest jak z mięśniami. Jeżeli ktoś chce biegać maratony, to nie będzie tak, że rok-dwa posiedzi i nagle wstanie i pobiegnie. To są połączenia nerwowe w mózgu, one muszą się pojawić. Mózg musi te rzeczy zapamiętać, wytworzyć, cały czas je odkurzać, żeby nie zarastały jak dróżka w lesie. Im więcej się chodzi taką dróżką, to tym łatwiej jest przejść. I każdy mózg uczy się inaczej, to też trzeba wiedzieć.

A jeśli ktoś chciałby chociaż trochę rozumieć, ale nie ma czasu na intensywną naukę? Co ma zrobić?
Niech poświęci chociaż 5 minut, wieczorem przed pójściem spać. To się konsoliduje w umyśle w nocy. Jeżeli oglądamy film amerykański, to można wybrać bez dubbingu. To są takie małe kroczki.

Nie tęskni pani za zagranicą?
Czasami brakuje mi w Polsce optymizmu i tego luzu w podejściu do życia. Mam też trochę zagranicy w domu. Mąż jest Amerykaninem, studiował językoznawstwo, afrykanistykę. To nie było tak, że po wyjeździe z Polski wszystko było kolorowo, były ciężkie momenty, na przykład w Holandii. Kiedy poszłam do biura pośrednictwa pracy, patrzyli na CV, w prawo, w lewo i nie wiedzieli co tam jest napisane, zbyt akademicko. Raz pan spojrzał i mówi: „Pani z Polski? Mamy sprzątanie!”. Potem złożyłam podanie do firmy zajmującej się syntezą mowy, programującej różne aplikacje i urządzenia, na przykład GPS. Wyjechaliśmy do Belgii.

Tam też było ciężko?
Zdarzały się miłe niespodzianki. Kiedyś byłam chora, wysoka gorączka, a akurat projekt był do skończenia. Wzięłam pracę do domu i tam monitorowałam postęp. Musiałam kontrolować pracę ludzi z Indii. Potem moja szefowa powiedziała mi, że nie ma mowy o żadnej freelancerce. Tam się pracuje od 9 do 17. To było miłe zdziwienie.

A po powrocie do Polski przeżyła pani duży szok?
Wróciłam dość nagle i od razu zaczęłam wysyłać CV, zapraszano mnie na rozmowy i… nic. Patrzono trochę na mnie jak na UFO. Podchodziłam chyba do sprawy na zbyt dużym luzie i z równej pozycji. W Holandii byliśmy z profesorami „na ty”. Zupełnie inne klimaty. W Anglii też każdy mówił do siebie po imieniu. W Polsce – pan, pani, sztywno, z dystansem. Dostałam się w Warszawie do prestiżowej szkoły językowej, przynajmniej tak wtedy myślałam. Pracowałam tam kilka miesięcy, bo prestiż był pozorny. Zajęłam się rozwojem osobistym, chodziłam na coaching jako klientka, potem sama zostałam coachem. To było nowe i fascynujące. Zauważyłam, że wiele zagadnień z coachingu idealnie przydaje mi się w czasie lekcji angielskiego.

I jak ludzie reagują na pani podejście?
Na początku z dystansem. Ludzie są przyzwyczajeni, że przychodzą na kurs i są: książka, gramatyki, jakieś fragmenty rozmów z płyty plus kserówki. Tak jest nawet w renomowanych szkołach. Nikt nie pyta, dlaczego pan czy pani boją się mówić. No i tacy klienci przychodzą i myślą, że jak pracujemy na emocjach, to się nie uczymy. Na koniec jest zdziwienie: ja to umiem? Pojawia się zaufanie, puszczają blokady. W czasie warsztatów pracuję z przekonaniami. Dochodzimy do sedna, do przyczyny blokady, błędnych nawyków uczenia się. To ma ogromne znaczenie, to jest podstawa sukcesu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites