Marzenie biegacza – Od zera do bohatera
Home / Mój biznes / Marzenie biegacza – Od zera do bohatera

Marzenie biegacza – Od zera do bohatera 3

10 lat temu na trening przychodzili ludzie, którzy nie byli świadomi, na co się porywają. Chcieli przebiec maraton, ale nie wiedzieli, co to oznacza.  Niektórzy nie wiedzieli nawet, jaki to dystans. My im obiecaliśmy zdobycie Mount Everestu – mówi Jacek Urbanowicz ze Stowarzyszenia Pro–Run Wrocław, który od 10 lat trenuje biegaczy amatorów.

Bliżej Biznesu:– Dzieli pan ludzi na biegających i niebiegających?

Jacek Urbanowicz:– Niektórzy tak robią. Ja dzielę bardziej na tych, którzy mają kulturę czasu wolnego i na tych, którzy jej nie mają.

A co to znaczy?
Nie chodzi tylko o bieganie, bardziej o świadomość, że jak mam wolny czas to nie tylko muszę spędzić go przed telewizorem, czy też pójść do muzeum, ale mogę wsiąść na rower, pobiegać, pojechać w góry, popływać.

Chodzi o aktywność fizyczną.
Tak, dokładnie.

Dobiera pan pod tym kątem znajomych?

To się bardzo często wiąże ze sobą. Widzę to chociażby na przykładzie naszego klubu biegowego, gdzie jest pełen przekrój wiekowy społeczeństwa. Wszystkich łączy bieganie, wszyscy mają ze sobą wspólne tematy i znajomości dzięki temu.

Kiedy zaczął pan na poważnie biegać?
Ciężko powiedzieć. Zacząłem trenować bardzo dawno temu, miałem wtedy 12 lat. Na początku to była zabawa w klubie lekkoatletycznym, a później przez kilka lat miałem okazję zaczerpnąć wyczynowej kariery, ale bez większych sukcesów.

Na jakim dystansie pan biegał?
To były długie dystanse. Potem dotarło do mnie, że nie za bardzo mi idzie w wyczynowym sporcie, uświadomiłem sobie, że nie będę mógł z tego żyć. Wtedy zmieniłem trochę myślenie. Gdybym postawił na karierę, ewidentnie musiałbym poświęcić wszystko, nie mając z tego korzyści w postaci chociażby najmniejszych sukcesów sportowych. To się w ogóle nie kalkulowało. Wyjechałem więc do pracy do Anglii, jak każdy młody Polak.

Co pan tam robił?
Zajmowałem się recyklingiem. Trochę sprzątałem. Wyjechałem na pół roku, żeby poznać kraj, język. To był 2007 rok. Miałem 23 lata. Zrobiłem przerwę od treningów, bo miałem dość. Pojawiła się frustracja. To był rodzaj przetrenowania. Pojechałem, popracowałem, zarobiłem pierwsze pieniądze.

Wydał je pan na sprzęt sportowy?

Absolutnie nie. Wydałem na inne pasje, które realizuję obecnie, czyli na sprzęt fotograficzny.

Ciężko było rzucić sport wyczynowy?
Dojrzewałem do tej decyzji. Na pewno trzeba przyznać, że to był ważny element. Innego życia, bez sportu, treningów nie znałem. Od 12 roku życia trenowałem pięć dni w tygodniu. To było jak śniadanie rano, szło się na trening i to było naturalne. Właściwie to porządkowało wszystkie inne rzeczy w ciągu dnia. Chociaż w obecnej chwili nie wyobrażam sobie tak systematycznego trenowania, chociażby ze względu na pracę i rodzinę.

Co się wydarzyło po powrocie do Polski?

Byłem po licencjacie na AWF. Wróciłem i zrobiłem magisterkę.

Kiedy dotarło do pana, że pasja mogłaby stać się czymś więcej? Kiedy włączyło się myślenie: nie zrobiłem wielkiej kariery, na igrzyska nie pojadę, ale może coś z tego biegania będzie?
Jako trener zacząłem pracę w 2008 roku. I wtedy nie było mody na trenerów dla biegaczy amatorów. Trenerzy byli, ale w klubach lekkoatletycznych, a ja wiedziałem z czym to się wiążę i jak taka praca wygląda.

Jak wygląda?

W klubie jest miejsce dla jednego trenera, trudno się przebić. I w sumie całkiem przypadkiem zobaczyłem plakat akcji „I Ty możesz zostać maratończykiem”. Na plakacie była informacja, że poszukują trenerów. Pomyślałem, że to super praca. Będę biegać i jeszcze mi za to zapłacą. Co mogłoby mnie spotkać lepszego? Zgłosiłem się. Przyjęli mnie. I okazało się, że praca z amatorami to jest wyzwanie. Do takiej pracy szkoła może przygotować w minimalnym stopniu.

Jak się pracuje z amatorami?
Wtedy wiedza większości osób, które zaczynały przygodę z bieganiem była na etapie w-f ze szkoły podstawowej.

Czyli?
Zakładam krótkie spodenki, trampki, koszulkę bawełnianą i idę biegać maraton. Obecnie jest inaczej, biegacze są bardziej świadomi. Jeszcze 10 lat temu trzeba było dużo czasu poświęcić, żeby wyjaśnić na czym będzie polegać trening, jakie może przynieść efekty, w którą stronę pójść, żeby osiągnąć biegowy cel. Nie było jeszcze Chodakowskiej, znanych maratończyków, celebrytów, którzy chwalili się swoimi osiągnięciami w mediach społecznościowych. To sprawiło, że mogliśmy wykreować pewne trendy, które do tej pory są kopiowane przez innych.

Na przykład?
Jako jedni z pierwszych w Polsce zaczęliśmy wprowadzać dostęp do planów treningowych dla amatorów. To nie było tak, że ktoś biega i przychodzi i dopiero wtedy się dowiaduje, co będzie robić. Zaczęliśmy się komunikować z naszymi odbiorcami. Chodziło nam o to, żeby oni wiedzieli, co będzie się działo w czasie treningu, jakie starty kontrolne są przed nimi.

Kim byli ci ludzie?

10 lat temu na trening przychodzili ludzie, którzy nie byli świadomi, na co się porywają.

Przychodzili i mówili: chce przebiec maraton?

Tak, ale nie wiedzieli, co to oznacza. Niektórzy nie wiedzieli nawet, jaki to dystans. My im obiecaliśmy zdobycie Mount Everestu, podejście „od zera do bohatera”. To, co było nieosiągalne, czyli przebiegnięcie maratonu, nagle stało się realne. To na początku był ogromny wabik, trwało to do 3-4 lat. Obecnie ta świadomość u amatorów biegania, zupełnie początkujących, jest dużo większa. Niektórzy przychodzą i mówią, że nie chcą żadnego maratonu, oni chcą swobodnie 10 kilometrów przebiec. I to im na początek wystarczy. Jeszcze inni chcą się przygotować maksymalnie do półmaratonu.

Jakie najdziwniejsze pytania usłyszał pan od początkujących biegaczy?
Nasz cykl treningowy zakładał stopniowe zwiększanie kilometrażu na treningach, oczywiście do pewnego stopnia. Ale uczestnicy naszych zajęć byli przekonani, że jeżeli zaczynamy od 6 kilometrów, to przez ostatnie 3 tygodnie będziemy biegać po te 42 kilometry, jak w maratonie, co budziło nasz uśmiech. Trening tak nie działa. Ale ci ludzie byli przekonani, że zwiększanie kilometrażu trwa w nieskończoność. Inny przykład: niektórzy myślą, że będą szybciej biegać, jak będą mieć droższe buty. No niestety, sprzęt tak naprawdę ma minimalne znaczenie.

Dlaczego ci ludzie zaczęli biegać?
Jedni chcieli stracić kilogramy, inni osiągnąć rekord. Moje pierwsze doświadczenia, jako trenera, z biegaczami amatorami polegały na tym, że ta grupa w pewien sposób była wyselekcjonowana. Wiele osób było bardzo wysportowanych, ale żadna z nich nie przebiegła maratonu. A jeżeli ktoś miał na koncie karierę sportową, to dawno za sobą. Ich organizm już zapomniał, jak to jest regularnie trenować. Przychodzili różni ludzie: dyrektorzy dużych firm, studenci, osoby mniej wykwalifikowane. Trening to takie miejsce, gdzie wszyscy są tacy sami, wszyscy są w dresach. I tak naprawdę nic poza treningiem i jego możliwościami się nie liczy.

Ilu maratończyków udało się panu wychować?
Około tysiąca osób przeszło przez moje ręce.

A co bardziej cieszy: własne wyniki, czy podopiecznych?

Zdecydowanie podopiecznych. Przeogromną radość mi sprawia, jak spotykam na trasie biegowej ludzi, którzy osiem lat temu zaczynali ze mną od zera i o bieganiu nie wiedzieli nic, a teraz nadal biegają. Rzadko się widujemy, zazwyczaj przypadkiem. Kiedy widzę ich na trasie, czuję się spełniony.

Dzisiaj biegają nawet stulatkowie. Czy bieganie jest dla każdego?
Zdecydowanie, ale nie w każdym wymiarze. Ja nie polecałbym wszystkim biegania maratonów. Nawet nie polecałbym wszystkim startować w zawodach, na rekordy. Trzeba sobie stawiać cele, żeby mieć punkt odniesienia. Jeden z moich podopiecznych, który zaczynał ze mną treningi w 2010 roku, obecnie ma 63 lata i lepszy rekord życiowy w maratonie ode mnie. Można? Można.

Ile ma pan maratonów na koncie?
Szewc bez butów chodzi. Dwa.

Łatwiej się teraz trenuje biegaczy amatorów, którzy przed treningiem przeczytają mnóstwo blogów, stron dotyczących biegania?

Jest nieco łatwiej, bo ci ludzie zwracają uwagę, na to co im przekazujemy. Oni mają porównanie do innych grup, trenerów. To mobilizuje trenerów do efektywniejszej pracy.

„I ty zostań maratończykiem” to był początek. Co wydarzyło się potem?
Później urodził się pomysł założenia stowarzyszenia, które pracowałoby z ludźmi cały rok. I tak powstało Pro-Run Wrocław. To nie jest tak, że szykujemy zawodników do maratonu, nie wszyscy chcą biegać maratony. Tworzymy również inne grupy treningowe, z innymi celami. Ja osobiście w ogóle nie startuje, bo nie mam czasu na trening. Wolę nie startować i nie udawać, że jestem super przygotowany.

Po raz kolejny kłania się powiedzenie „szewc bez butów chodzi”

To prawda, myślę o treningach innych osób i nie mam czasu dla siebie. Ale bardzo lubię tę pracę. Udało się połączyć przyjemne z pożytecznym.


Można z tego żyć?
Można, ale jest niewielu trenerów, którzy robią tylko i wyłącznie to, czyli żyją z trenowania innych i nie muszą robić nic więcej. Są pewne ograniczenia.

Jakie?

Ludzie nie chcą płacić nie wiadomo jakich pieniędzy za trening biegania, bo teoretycznie biegać każdy może, a trener, żeby się skupić na zawodniku indywidualnym, nie może mieć nie wiadomo, jak dużo podopiecznych. Przy ambitnym podejściu mogłoby się okazać, że mam 10 zawodników, dla których musiałbym poświęcać w pełni swój czas pracy, a zarobiłbym może 1500 złotych. To nie jest praca, która pozwoliłaby utrzymać rodzinę.

Czyli dodatek?
Dla wielu osób tak. Chociaż są przykłady fit trenerek, które zarabiają miliony, ale one bazują na innych potrzebach. Bieganie wydaje się być dla każdego.

Co pan robi oprócz biegania?
Pracuję dla stowarzyszenia. Zajmuję się robieniem zdjęć, tworzeniem plakatów, grafik, zajmuję się administracją, odpisuję na maile, telefony, do tego marketing, promocja, trzymanie ręki na pulsie w mediach społecznościowych i przede wszystkim organizowanie biegów.

Imprez biegowych jest sporo, jest w czym wybierać.
Turystyka biegowa –  już jest takie pojęcie.

Ciężko jest zwabić biegacza, aby wziął udział w imprezie biegowej?

To się bardzo szybko zmieniło. W 2008 jak przygotowywaliśmy biegaczy do maratonu to musieliśmy się namęczyć, żeby znaleźć imprezę, gdzie oni mogliby kontrolnie wystartować, np. na dystansie 10 km, albo półmaratonu. Na Dolnym Śląsku ciężko było coś znaleźć, musieliśmy wyjeżdżać do innych województw.

A jak to wygląda w tej chwili?
Dla biegaczy, amatorów sam bieg to za mało. Oni muszą mieć coś jeszcze, jakiś przekaz, ideę. My tworzymy bieg z pakietem. Zorganizowaliśmy Bieg po ZOO, w ramach ratowania zwierząt Afryki. Mieliśmy bieg po Parku Grabiszyńskiej we Wrocławiu. Nazwaliśmy go biegiem z fizjoterapią. Mieliśmy partnerów medycznych, którzy robią badania, mierzą ciśnienie. To ludzi zachęca do wzięcia udziału.

Są też biegi charytatywne.
Tak, są też biegi historyczne, ekologiczne, związane z dietą. Osobna działka – biegi górskie. One mają największy przyrost, jeśli chodzi o liczbę uczestników.

Można się od tego niezdrowo uzależnić?

Zawsze się znajdzie ktoś, kto będzie chciał dokonać niemożliwego. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy naśladować ludzi, którzy mają lepsze predyspozycje do pokonywania większych dystansów. Widzimy człowieka, który ma na koncie maratony, triathlony, zawody IronMana i wydaje nam się, że my też możemy to wszystko zdobyć. Niestety, czasem może się okazać, że to ponad nasze siły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites