Komornik niczym Don Kichot, czyli o ideałach w pracy z dłużnikami
Home / Mój biznes / Komornik niczym Don Kichot, czyli o ideałach w pracy z dłużnikami

Komornik niczym Don Kichot, czyli o ideałach w pracy z dłużnikami 0

–  Ostatnio jeden z dłużników zapowiedział, że zrobi ze mną porządek, bo słyszał w pracy, że teraz każdy może zostać ławkowym. Pogratulowałem mu ambicji bycia ławnikiem i zapytałem, w jakiej to pracy usłyszał, skoro chwilę wcześniej zarzekał się, że nigdzie nie pracuje – o swojej pracy opowiada Robert Damski, komornik sądowy przy Sądzie Rejonowym w Lipnie, były rzecznik Krajowej Rady Komorniczej, ekspert zespołu ds. alimentów przy Rzeczniku Praw Obywatelskich i Rzeczniku Praw Dziecka. 

Bliżej Biznesu:– Święta to trudny czas dla komornika? Ma pan więcej pracy czy raczej odkłada pan przedświąteczne egzekucje na późniejszy, mniej sentymentalny czas?
Robert Damski:– Pracy jest zawsze sporo, choć rzeczywiście mam wrażenie, że przed świętami wszystkie aktywności, oczywiście poza zakupami, nieco zwalniają. Nie inaczej jest w mojej pracy. Jednak jeśli już mówimy o świętach, to akurat w moim zawodzie okres poświąteczny jest bardziej aktywny. Mówiąc wprost – często konsekwencją przedświątecznych pożyczek jest właśnie późniejszy kontakt z komornikiem. Średnia wysokość udzielanych w tym czasie pożyczek to jest od 2 do 5 tysięcy złotych. Niestety, w atmosferze świąt, która przynajmniej w galeriach handlowych zaczyna się już na początku listopada, nie zawsze potrafimy właściwie ocenić swoje możliwości.


Ile razy obejrzał pan film „Komornik?” I jak często pada pytanie, czy naprawdę tak wygląda praca komornika?

Film Feliksa Falka jest bardzo zgrabnie zrealizowanym i „zagranym” filmem. I nic więcej. Z pracą komornika ma tyle wspólnego, co serial „Trzynasty posterunek” z pracą policjantów. Widziałem go wielokrotnie, choćby dlatego, że na spotkaniach ze studentami prawa omawialiśmy go jako przykład bardzo udanego kina i bardzo nieudanej prezentacji pracy jednego z zawodów prawniczych. Dość powiedzieć, że studenci prześcigali się w odnajdywaniu absurdów i błędów merytorycznych w tym filmie. Najbardziej skupieni znajdowali do 30 „przekłamań”. Jest to o tyle problematyczne, że to naprawdę świetny film, który często jest powtarzany w telewizji i ma ogromny wpływ na wizerunek naszego zawodu. Myślę, że to przede wszystkim zasługa genialnej roli Andrzeja Chyry, który zagrał tam rolę życia. Jednak w codziennej pracy takie historie się nie trafiają.

Najtrudniejsza egzekucja w pana karierze?
Nie ma łatwych egzekucji, zresztą już samo słowo „egzekucja” budzi dość jednoznaczne skojarzenia. Najważniejsze jest to, że za każdą stoi konkretny człowiek. Pamiętajmy, że ja raczej nie trafiam do ludzi, którzy nie mają żadnych zmartwień, ale do tych, którym życie podłożyło nogę. Jedna z najtrudniejszych spraw dotyczyła pewnego starszego pana. Zauważyłem, że w pewnym okresie zaczęły lawinowo napływać na niego sprawy z tytułu niespłaconych pożyczek. Widać było, że pożyczał u wszystkich instytucji finansowych. Wysłałem mu wezwanie do stawienia się w kancelarii. Kiedy przyszedł, zapytałem go wprost: co było powodem takiego postępowania. Kojarzyłem go jako człowieka roztropnego i odpowiedzialnego finansowo. A tu nagle miesięczna suma wszystkich odsetek przekraczała już jego emeryturę i wiadomym było, że nigdy nie zdoła już spłacić tych długów. Wówczas opowiedział mi historię swojego małżeństwa i żony, która zachorowała na raka. Na leczenie wydali majątek. Niestety, jak się później okazało, przegrali walkę o jej życie, a długi mu pozostały. Opowiadając to spojrzał mi prosto w oczy i powiedział, że wtedy, wziąłby pożyczkę nawet od samego diabła. Kiedy wyszedł z mojego gabinetu długo myślałem o jego decyzji i doszedłem do wniosku, że postąpiłbym tak samo.

Jakie jeszcze sytuacje sprawiają, że ludzie wpadają w spiralę zadłużenia?

Samo zadłużenie powstaje z bardzo wielu przyczyn, które możemy podzielić na kilka grup. Jedna to osoby, które wpadły w długi z powodu własnej lekkomyślności, sądząc że kolejny kredyt nie jest problemem, bo skoro spłacają już dom, auto i lodówkę, to i nowy telewizor też dadzą radę spłacić. Druga, to osoby, które celowo i z premedytacją nie regulują swoich zobowiązań. Dobrym przykładem są tu dłużnicy alimentacyjni, którzy pobierają wynagrodzenie „pod stołem” i oficjalnie nie posiadają żadnego majątku. Trzecia grupa, to ofiary własnej naiwności lub dobrego serca. To najczęściej osoby starsze, które nabyły jakiś horrendalnie drogi przedmiot w trakcie jakiegoś spotkania, nie rozumiejąc niekiedy zasad, na których nabywają ów przedmiot lub po prostu pożyczyły pieniądze dla kogoś, kto miał je spłacać, ale ostatecznie o tym „zapomniał”. Na przykład dla wnuczka, który następnie wyjechał do Londynu. Ostatnia grupa to osoby, które znalazły się w trudnej sytuacji z powodów, których nie dało się przewidzieć, takich jak właśnie choroba czy wypadek losowy.

W jednym z wywiadów opowiadał pan o tym, jak przyszedł do dłużniczki, ale zastał w domu wyłącznie jej syna. „Rozmawiałem z nim, jakoś tak długo się zeszło. Nagle, ni stąd ni zowąd, otwiera się wersalka i widzę w środku dłużniczkę. A ta, dysząc, mówi: no, przez pańskie gadulstwo niemal bym się udusiła. Zamurowało mnie”. Często zdarzają się takie historie?
Sytuacje, w których dłużnik gra z komornikiem w chowanego są dosyć powszechne. Tylko od wyobraźni dłużnika zależy, jak daleko się posunie, począwszy od nieodbierania korespondencji, które jest pierwszym etapem „wypierania” ze swej świadomości konsekwencji związanych z egzekucją i postępowaniem egzekucyjnym. Wiele osób jest przekonanych, że jeżeli nie odbiorą korespondencji z kancelarii komornika to nic się nie wydarzy. To duży błąd. Pismo podwójnie awizowane pozostawia się w aktach sprawy ze skutkiem doręczenia. Innymi słowy, jeżeli nie odbierzemy pisma od komornika, to procedura i tak będzie się toczyła, tylko adresat nie będzie o tym wiedział. Bardzo często słyszę, że przecież on o niczym nie był informowany. Zwykle okazuje się, że był, tylko sam zrezygnował z przewidzianych prawem form obrony. Zdarza się, że w trakcie postępowania dłużnik zmienia adres pobytu i „zapomina” powiadomić o tym komornika. Przypominam, że jest to obowiązek wynikający z przepisów i nie spowoduje, jak kalkuluje dłużnik, wstrzymania lub przerwania egzekucji. Oprócz nieodbierania korespondencji są jeszcze inne sposoby dłużników. Jednym z klasycznych jest „utrata tożsamości”, kiedy nagle zapominamy kim jesteśmy. Często zdarzało mi się, że dłużnik udawał, że jest kimś innym i sprawa go nie dotyczy. Najśmieszniej jest, kiedy mówi, że np. „Michał wyjechał i nie wiadomo, kiedy wróci”, a z wewnątrz słychać głos „Michał, a z kim tam gadasz, zimno leci do chałupy”. Istnieją wreszcie sposoby ukrywania się, jak wspomniana wersalka lub szafa, w której kolega komornik zastał dłużnika. Rozmawiał z żoną dłużnika a dziecko biegło od mamy do szafy i uderzając rączkami o szafę radośnie krzyczało „tata”. Czyli klasyczny „zaklepany”. O unikaniu spotkań z komornikiem zwykłem mówić metoda strusia. Struś to takie sympatyczne zwierzątko, które chowa głowę w piasek i myśli, że skoro on nie widzi, to i jego nie widać.

Jak pan rozpoznaje, że dłużnik kłamie? 
”Wszyscy kłamią” – prawda stara jak świat, tylko Dr. House nam ją uświadomił. Jeżeli odpowiedzią dłużnika na pytanie: „z czego żyje?” jest „z niczego” to nie trzeba przenikliwości serialowego lekarza, żeby uznać, że jest się okłamywanym. Dłużnicy najczęściej mijają się z prawdą, kiedy mówią o swoich zarobkach. Nie wkurzam się na to i uznaję, że jest to ich nieudolna próba obrony. Denerwuje mnie jednak, kiedy w sprawie o niezapłacone alimenty facet zaczyna rozmowę ze mną od poddawania w wątpliwość swojego ojcostwa. Jak słyszę, że „to pewnie nie są jego dzieci”, to trudno zachować spokój, a przecież trzeba. Ostatnio jeden z dłużników zapowiedział, że zrobi ze mną porządek, bo słyszał w pracy, że teraz każdy może zostać ławkowym. Pogratulowałem mu ambicji bycia ławnikiem i zapytałem, w jakiej to pracy usłyszał, skoro chwilę wcześniej zarzekał się, że nigdzie nie pracuje.

Praca na czarno to w Polsce duży problem?
To właśnie „praca na czarno” jest powodem tak niskiej skuteczności egzekucji chociażby alimentów. Zaledwie 20% spraw o alimenty jest skuteczna. Dlatego pracując w Zespole Ekspertów powołanym przez Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka, zaproponowałem sięgniecie po mobilny dozór elektroniczny w stosunku do dłużników alimentacyjnych. W małej miejscowości ludzie zwykle o sobie wszystko wiedzą. Dłużnik chodzi codziennie do pracy w firmie Kowalskiego a oficjalnie ZUS informuje mnie, że jest bezrobotnym i nie ma z czego płacić alimentów. Idę do firmy Kowalskiego i zastaję tam oczywiście dłużnika, który w oczy kłamie, że przecież wpadł tu tylko na kawę. I tak wpada codziennie na 8 godzin. Wszyscy wiedzą, że pracuje, a prawo i komornik są bezsilni. Zastosowanie dozoru elektronicznego ukróci takie praktyki. Pomysł spodobał się na tyle, że Ministerstwo zmieniło przepis i od czerwca można już stosować dozór elektroniczny w alimentach. Na każde kłamstwo należy znaleźć sposób. Albo chociaż spróbować.

Dlaczego ludzie nie chcą płacić alimentów?
Największym problem w egzekucji alimentów, o czym zresztą mówię od dawna, jest przyzwolenie na ich niepłacenie. Prawo pozwala na to, żeby tacy „cwaniacy” którzy swój majątek poprzepisywali na znajomych czy rodzinę, unikali odpowiedzialności za swoje długi. Niektórzy wręcz wprost się tym chwalą. Jeden z dłużników alimentacyjnych rzucił mi kiedyś wprost: „Auto jest szwagra, mieszkanie rodziców, a ja w zasadzie nie zarabiam. Pisz pan, że egzekucja okazała się bezskuteczna, Fundusz Alimentacyjny za mnie zapłaci i wszyscy będą szczęśliwi.” Tyle, że za takich delikwentów, za których alimenty płaci Fundusz, tak naprawdę płacimy my wszyscy. Jak nie przymierzając w kultowym filmie „Rejs” – „No i kto za to płaci? Pan płaci… Pani płaci… My płacimy…To są nasze pieniądze”

Nazywa się pan „prowincjonalnym komornikiem”, ale chyba na brak pracy pan nie narzeka?
Nie ma się co oszukiwać, ja po prostu jestem prowincjonalnym komornikiem. Miasto, w którym prowadzę kancelarię liczy około 15 tysięcy mieszkańców, więc nie jest to metropolia. Odpowiada mi to, bowiem w mniejszym mieście relacje między ludźmi są bliższe, bo nie ma się gdzie „schować”, jeden dworzec, jeden rynek, dwie parafie. Niemal wszyscy się znają. A samo określenie „prowincjonalny” nie ma dla mnie pejoratywnego wydźwięku. Z Lipna i okolic pochodzą Pola Negri, czyli przedwojenna ikona kina niemego, Lech Wałęsa i Leszek Balcerowicz. Jest więc do kogo równać. Praca w niewielkim miasteczku nie przeszkodziła mi, zostać pierwszym komornikiem uhonorowanym wyróżnieniem „Białej Wstążki” w kategorii wymiar sprawiedliwości. To wyróżnienie przyznawane mężczyznom, którzy sprzeciwiają się przemocy wobec kobiet. Niepłacenie alimentów jest formą przemocy ekonomicznej, a ja się jej głośno sprzeciwiam. Praca na prowincji nie przeszkodziła też w otrzymaniu zaproszenia od Rzecznika Praw Obywatelskich, żeby być członkiem zespołu ekspertów do przeciwdziałaniu zjawisku niealimentacji.

Ile spraw przewija się rocznie przez pana biurko?
Z jednej strony do kancelarii wpływa rocznie średnio niecałe 3 tysiące spraw, a samych czynnych alimentów mam dobrze ponad tysiąc. Z drugiej strony staram się wpływać na rzeczywistość, na tyle, ile mogę, bo widzę, że wiele rzeczy wymaga naprawy i stąd moje aktywności „społeczne”.

Resort sprawiedliwości szykuje bat na komorników. W grę wchodzą między innymi konieczność nagrywania wszystkich czynności egzekucyjnych, restrykcje dotyczące zajmowania mienia dłużnika, ułatwienie składania skarg na komorników – jak pan ocenia te pomysły?
Te pomysły mają najwyraźniej na celu przechylenie wagi, którą dzierży bogini sprawiedliwości Temida, na stronę dłużnika. Czy mam z tym problem? Myślę, że nie większy, niż będą mieli wierzyciele. Warto w tym miejscu przypomnieć sobie, kim jest dłużnik, a kim wierzyciel. Mówiąc wprost, dłużnik przegrał w sądzie i powinien zrealizować wyrok. Wierzyciel to ten, który w sądzie wygrał, nie może otrzymać tego, co mu się należy i przychodzi po pomoc do komornika. Na pewno skutkiem zmian będzie wydłużenie postępowań. Oczywiście poza dyskusją jest, iż trzeba zabezpieczyć prawa dłużników, ważne jest jednak, by zachować odpowiednie proporcje. A co do odpowiedzialności dyscyplinarnej – każdy odpowiada za swoje działania. Komornicy różnią się od innych zawodów „jedynie” tym, że w naszym przypadku w zasadzie nie mamy prawa do błędu, bo najmniejsze nawet niedopatrzenie skutkuje bardzo poważnymi konsekwencjami. Spotkałem się z opinią, że komornik się nie myli, komornik albo przekracza uprawnienia, albo niedopełnia obowiązków.

Czasem porównuje się pan do Don Kichota. 
Don Kichot to przecież alegoria pewnych ideałów, które nie mają szansy zostać zrealizowane. W idealnym świecie komornik w ogóle nie byłby potrzebny. Dla mnie dłużnik i wierzyciel to nie są przecież strony sporu. Ten spór już wcześniej rozstrzygnął sąd. Komornik ma wyrok i ma ustawowy zakaz „dyskutowania” z nim. W idealnym świecie, po wyroku, strona przegrywająca powinna zastosować się do wyroku. Wiadomo jednak, że często tak się nie dzieje. I wówczas do akcji powinien wkroczyć Don Kichot. Skoro jesteśmy już przy literaturze, to można by rzec, że jestem również jak ten wilk z bajki o „Czerwonym Kapturku”. Oto moja wersja tej bajki:

Była sobie kiedyś dziewczynka. Mieszkała z rodzicami nieopodal lasu. Często odwiedzała babcię, która gotowa była jej przychylić nieba. Oczywiście najchętniej 10 każdego miesiąca, kiedy listonosz przynosił babci emeryturę. Babcia mieszkała niedaleko w starym domku po drugiej stronie lasu. Pewnego dnia jej wnuczka otrzymała od babci prezent- czerwony aksamitny płaszcz z kapturem, który dziewczynka polubiła tak bardzo, że za nic nie chciała się z nim rozstawać i wszędzie z dumą go nosiła. Przez to rodzina i znajomi zaczęli nazywać ją ,,Czerwonym Kapturkiem”.

Pewnego dnia mama zawołała Czerwonego Kapturka i wręczyła jej wiklinowy koszyk przykryty serwetką, do którego schowała ciasto i butelkę soku malinowego, mówiąc:

– Zanieś to proszę babci. Od tygodnia leży chora w łóżku. Na pewno ucieszy się z Twoich odwiedzin. Tylko, gdy już tam będziesz, pamiętaj przywitać się ładnie, bądź grzeczna i o nic już jej nie proś.

Czerwony Kapturek słuchała słów mamy i jak zawsze potakiwała głową, ale już wiedziała o co tym razem Babcię poprosi. Niedawno widziała przepiękne czerwone buciki.

Idąc przez las zobaczyła przepiękne kwiaty nieopodal ścieżki i postanowiła trochę nazbierać dla Babci. Gdy już miała kolorowy bukiecik wesoło ruszyła dalej.

Gdy Czerwony Kapturek dotarła na miejsce, zastała Babcię leżącą w łóżku.

– Babciu!- zawołała – Dlaczego Ty masz takie wielkie oczy?

– Bo widzisz kochana wnuczko, był tutaj przed chwilą komornik, (nazywany przez złośliwych dziennikarzy wilkiem) który jako pierwszy wyjaśnił mi, ile naprawdę kosztuje mnie ta pożyczka, którą wzięłam dla Ciebie i co oznacza instytucja dłużnika solidarnego. Ciągle jestem w szoku!

Traktuje pan swoją pracę jako misję?
To bardzo górnolotne określenie, podczas gdy w mojej pracy chodzi po prostu o to, żeby wyrok sądu był zrealizowany, a prawo respektowane. Celowo nie mówię, żeby wygrała sprawiedliwość, bo mam świadomość ułomności niektórych wyroków. Wszak nie od dziś mówi się, że do sądu nie chodzi się po sprawiedliwość, ale po wygraną. Moja misja to zaledwie sprawienie, aby miecz, który wznosi Temida nie był mieczem z papieru. Chociaż złudzeń, że będzie to świetlny miecz rycerza Jedi też już nie mam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites