Cyfrowy Nomada na krańcu świata, czyli jak połączyć pracę i podróżowanie
Home / Mój biznes / Cyfrowy Nomada na krańcu świata, czyli jak połączyć pracę i podróżowanie

Cyfrowy Nomada na krańcu świata, czyli jak połączyć pracę i podróżowanie 2

– Mógłbym zamieszkać na tajskiej wyspie Koh Chang, wynająć osobne mieszkanie albo domek i próbować żyć trybem miejscowego, czyli mieć pracę i taką codzienną rutynę. Musiałbym mieć więcej znajomych wśród miejscowych ludzi, niż podróżników i turystów – mówi Aleksander Ciach, specjalista od marketingu i projektowania stron internetowych. Przez pół roku pracował zdalnie i zwiedzał świat.

Bliżej Biznesu:–  Kiedy po raz pierwszym usłyszałeś o Digital Nomads?
Aleksander Ciach:– Rok temu. Dowiedziałem się, że są nawet specjalne szkoły, które uczą, jak zostać cyfrowym nomadem, czyli podróżującą osobą, która pracuje zdalnie. Można robić masę rzeczy podróżując po świecie. W firmach z branży IT ludzie i tak pracują zdalnie. Są nawet specjalne programy, które to ułatwiają.

Co musi się stać, żeby człowiek zdecydował się wyjechać i pracować, gdzieś daleko, często na drugim końcu świata?

Myślę, że to bardzo indywidualna sprawa. Ja miałem kryzys, czułem się mało decyzyjny, chciałem coś zmienić i to bardzo wyraźnie. Wyszedłem z założenia, że im bardziej radykalna zmiana nastąpi, tym będzie lepiej. Wypowiedziałem umowę najmu mieszkania, powiedziałem kolegom z pracy, że odchodzę z naszej firmy i będę pracować zdalnie nad projektami, które zacząłem. Tego samego wieczoru kupiłem bilet. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że będę podróżować przez sześć miesięcy z krótką przerwą.  Zdecydowałem, że zacznę od Maroka. Niewiele wiedziałem o tym kraju, oprócz tego, że jest to kraj dla backpackersów, czyli osób, które podróżują na własną rękę.

Tanim kosztem.
Jeszcze wtedy nie wiedziałem, ile kosztuje tam życie. Nie miałem zaoszczędzonych pieniędzy. Wiedziałem, że będę mógł zarabiać przy projektach internetowych.  Zakup biletów w dwie strony do Maroka, z dużym bagażem, to jakieś 400-500 złotych. Ja kupiłem bilet w jedną stronę. Na miejscu okazało się, że hostele nie są drogie, do 50 złotych za noc. Można też wynająć pokój hotelowy, ale wtedy są mniejsze szanse, żeby kogoś poznać, a na tym mi najbardziej zależało.

Stres?
Na początku byłem lekko spięty. Chodzi o to, że trzeba przestawić się na inny tryb, złapać luz, którego w Polsce nam często brakuje. Kiedy wylądowałem w Marrakeszu, okazało się, że na miejscu organizowana jest konferencja klimatyczna COP. W hostelach mieszkali ludzie z różnych stron świata. I wieczorem siadało się, rozmawiało, poznawało. To był bardzo ważny element. Chodziłem spać po północy. Człowiek się przystosowywał do trybu życia towarzystwa, w którym przebywał. A bardzo często było tak, że towarzystwo, to nie byli ludzie zobowiązani do wczesnego wstawania, pójścia do pracy, obligatoryjnych zajęć. Większość była na wakacjach, ale to nie byli turyści, tylko ludzie, którzy podróżowali od wielu miesięcy.

Ciężko chyba pracować w takim rytmie?
Zależy, jakie kto ma cele. Jeżeli ktoś jest nastawiony głównie na rozwój biznesu, to wyjedzie do Barcelony, Madrytu czy Singapuru i wynajmie sobie tam mieszkanie oraz miejsce w coworkingu. Jest wtedy z ludźmi z całego świata, którzy pracują w podobnym trybie, jak on. W takim przypadku ciężar takiego wyjazdu bardziej położony jest na pracę, biznes, wymianę informacji, projektów, niż pracę i przygodę. To są dwa różne typy Digital Nomads. Ja byłem zdecydowanie nastawiony na ten drugi tryb, czyli przygodę, podróż, poznawanie ludzi. Praca była na kolejnym miejscu.

Gdzie mieszkałeś?
Najpierw w Marrakeszu, a potem w nadmorskim, a właściwie nadoceanicznym mieście  Essaouira, które odwiedził sam Jimmy Hendrix. Po tej wizycie napisał piosenkę „Castle made of sand”. Niesamowicie urokliwe miejsce. Zarówno w jednym, jak i drugim mieście chodziłem na targ. Tam oczywiście każdy coś sprzedaje, woła na każdym kroku. I tutaj jest cała filozofia, aby wbić się w tę lokalną kulturę. Trzeba się nauczyć, jak się zachować, jak patrzeć temu człowiekowi w oczy, żeby proponował normalną cenę, a nie zawyżoną. Trzeba mieć swoją metodę.

A ty jaką miałeś?
Ciężko to opisać. Starałem się, żeby mnie zapamiętali. Chodziłem do tego samego człowieka, który sprzedał mi  już coś w dobrej cenie. Uśmiechałem się. Na tym targu kupowałem produkty na śniadanie: suszone ryby, oliwki, chlebki robione na ciepło, pasty, suszone daktyle, orzechy, owoce. Banany są tam tanie, jak barszcz. Po przeliczeniu – za złotówkę można było mieć kiść bananów. Wszystko świeże, kolorowe, pachnące. Kupowałem, tam gdzie miejscowi.

A mieszkanie?
W hostelu miałem piękny taras z imponującym widokiem. Mogłem obserwować stare miasto, arabskie budynki w kształcie kwadratów, w ogóle nieprzypominające naszych miast, genialne w swoim chaosie. W oddali widziałem morze. I właśnie na tym tarasie popracowałem kilka godzin, a potem szedłem na plażę, gdzie robiłem trening. Trochę ćwiczeń oddechowych, trochę jogi połączonej z medytacją, do tego pompki. To pozwalało mi utrzymać dobrą formę. Po treningu szedłem na obiad, a potem jeszcze pracowałem kilka godzin.

Co można robić w odległym Maroku zdalnie?
Ja kończyłem rozpoczęte projekty stron internetowych i rozpoczynałem nowe. Czasem trzeba było coś skonsultować z klientem. I to był chyba jedyny krytyczny moment.

Dlaczego?
Bo nie każdy klient potrafi się przestawić z rozmów telefonicznych na rozmowę poprzez komunikatory typu Skype czy WhatsApp. Nikt nie zareagował negatywnie, w końcu funkcjonują w świecie IT, ale miałem wrażenie, że jeden z klientów miał z tym problem. Zamiast zadzwonić via Skype czy WhatsApp to wolał wręcz odkładać projekt. Czułem, że czekał na mój powrót. Inna sprawa, że część krajów banuje możliwość rozmowy video. Tak często dzieje się w Maroku. Pamiętam, że przy okazji szczytu klimatycznego lekko złagodzili zasady, ale generalnie bywa to uciążliwe. Są oczywiście metody na ominięciu tego problemu. Trzeba kupić dostęp do VPM, czyli wirtualnej sieci prywatnej i zmienić swoje IP.

A jak z dostępem do internetu?
Były miejsca, gdzie było gorzej i to było frustrujące. Umawiam się z klientem, że porozmawiamy poprzez internetowe aplikacje, a okazywało się, że internet jest słaby. Takie sytuacje zdarzały się zarówno w Maroku i potem w Indiach. Nauczyłem się, że trzeba się poruszać tam, gdzie jest dostęp do sieci. Jeśli nie było, odpuszczałem sobie to miejsce.


Co jeszcze może być tam problemem?

Klimat. Może być naprawdę gorąco. I to, że wszystko jest w naszych rękach. Ja nie szukałem coworkingu. Zazwyczaj pracowałem w wygodnym miejscu, gdzieś w restauracji, albo hotelu, czy hostelu. Z jednej strony większość pracowników biur na pewno by mi pozazdrościła, że siedziałem sobie i pracowałem w fajnym otoczeniu, ale z drugiej strony trzeba podkreślić, że lepiej się pracuje wśród innych ludzi. Psychologiczne aspekty się tutaj kłaniają. Mówiąc najogólniej: pracując z ludźmi pracuje się efektywniej. W tym trybie, w którym ja pracowałem, częściej decydowałem się na to, żeby zawrzeć nową znajomość i odłożyć pracę. Efekt? Liczba godzin poświęconych pracy z każdym tygodniem spadała. Myślę, że średnio pracowałem tam trzy godziny dziennie.

Potem wróciłeś na chwilę do Polski.
Tak, ale już wiedziałem, że znów wyjadę. Wkręciłem się w takie życie. Zacząłem szukać ciekawych miejsc, w których mógłbym mieszkać i pracować. Znalazłem Oman, teren na południowym – zachodzie, tuż przy granicy z Jemenem. Dziewicze, piękne tereny. Tam i w Emiratach Arabskich spędziłem trzy tygodnie. Wybrałem najtańszą opcję, czyli lot Air Emirates z Polski do Dubaju, a potem do Bombaju, później z południa Indii do Malezji i stamtąd do Tajlandii. Razem sześć miesięcy. Plan był bardzo otwarty, ale to Tajlandia zdobyła moje serce i tam na wyspie Koch Chang zostałem dwa miesiące.

A Indie?
Ma się tam wrażenie, że jest się na innej planecie. Można całość zobaczyć na zdjęciach, wiedzieć czego się spodziewać, ale i tak jest szok. Oczywiście to jest podróżniczy szok, czyli pozytywny, oczekiwany wręcz uwielbiany.

Jak wyglądał twój dzień w tym kraju?
Nawet jeśli wstałem o godz. 9 to mogłem spokojnie zjeść śniadanie i poćwiczyć, bo wtedy w Polsce był środek nocy. Szedłem na plażę, potem chwilę popracowałem, potem znów na plażę, wieczorem poznałem ludzi.

Dla polskich znajomych, którzy siedzieli w nudnym biurze i wracali tonąc w korkach, to musiało być wkurzające.
Wrzucałem na FB zdjęcia z plaży, albo tarasu, dostawałem lajki i myślałem, czemu mnie to tak cieszy? To jest swego rodzaju próżność. Wiem, że niektórych wkurzałem, ale to nie było wkurzenie na serio. Bardziej chodziło o to, że jeżeli ktoś lubi podróżować, to patrząc na takie zdjęcia mógł sobie zamarzyć, że gdzieś pojedzie.

Można tak żyć na dłuższą metę?
Można, ale trzeba inaczej to zorganizować, niż ja to zrobiłem. Trzeba przestawić się z trybu socjalizacji, poznawania ludzi, podróżowania, na tryb życia miejscowego człowieka.

Czyli?
Mógłbym zamieszkać na tajskiej wyspie Koh Chang, wynająć osobne mieszkanie albo domek i próbować żyć trybem miejscowego, czyli mieć pracę i taką codzienną rutynę. Musiałbym mieć więcej znajomych wśród miejscowych ludzi, niż podróżników i turystów. Jeżeli podróżnik jeździ po świecie od dwóch lat, to on ma inny tryb. W Tajlandii są na przykład dobre wibracje do życia.

A gdzie żyje się najtaniej?

Najmniej pieniędzy potrzeba w Indiach, ale z drugiej strony to najtrudniejszy kraj ze względu chociażby na warunki sanitarne. Ale nadrabia niskimi cenami. Raz zjadłem porządny obiad – Samosa z sosem, zapłaciłem przeliczając na naszą walutę półtora złotego. Nie mogłem uwierzyć. To jest szok ekonomiczny. Gdzieś w Warszawie ludzie wydają 100 zł za taki obiad, a tam wychodzi 1,50. Niby prosta sprawa. Znam podstawy ekonomii, ale dalej robi to na mnie wrażenie. Podobnie z noclegiem, który można wynająć za 15 złotych. Mieszkanie w Indiach da się wynająć za 300 złotych. Podsumowując: w Indiach można przeżyć za 600 złotych miesięcznie.

A Tajlandia?

Tam pokój można wynająć za 400 złotych miesięcznie. Raczej jada się tam dwa posiłki, zazwyczaj lunch i kolację. One kosztują średnio po osiem złotych. Jedyny problem mają ci, którzy lubią piwo. Ono jest tam dość drogie, po 10 złotych za butelkę. Można wynająć domek na plaży, wygląda jak z katalogu biura podróży.

Kto mieszka w tych domkach?
Poznałem na przykład 40-letnią kobietę z Austrii. Pracowała przez cztery miesiące jako fryzjerka w swoim kraju, a za zaoszczędzone pieniądze przez pozostałe miesiące mieszkała w domku na plaży w Tajlandii. Kosztował ją miesięcznie 1500 złotych. Dla niej to był raj.

Ciężko było wrócić do Polski?

Na szczęście wróciłem w maju, a nie w listopadzie. Wiosna sprawiła, że byłem nastawiony entuzjastycznie do wszystkiego. Na pewno trudniej  jest wtedy, kiedy podróżuje się przez pół roku i nie pracuje i trzeba wrócić i wejść znów w wir pracy. Akurat z branżą IT jest łatwiej, bo cały czas miałem kontakt z projektami. Nie zapomniałem z czym to się je. Po powrocie zatrzymałem się u mojej mamy, która ma duży dom z ogrodem. Przez pierwszy tydzień codziennie cieszyłem się spokojem. Na rajskiej wyspie w Tajlandii było dużo głośniej.

Kiedy pojawiła się myśl, że może znów trzeba się spakować i wyjechać?
Przez pierwszy tydzień śniło mi się, że jestem na plaży na Goa. Budziłem się w nocy i szukałem ludzi, którzy mi się śnili. Po tygodniu zacząłem sprawdzać, gdzie mógłbym pojechać w przyszłości. Znalazłem Saharę Zachodnią. Teraz pracuję w firmie, która dostarcza rozwiązania technologiczno – marketingowe dla branży farmaceutycznej. Podróżowanie po świecie wpisane jest w tę pracę. Wiem, że czeka mnie wyjazd do Holandii, potem Paryża, w grę wchodzą Stany Zjednoczone i Bliski Wschód.

W czym pomogło ci samotne podróżowanie?

Takie samotne wyprawy wzmacniają charakter. Spontaniczna podróż wzmacnia pewność siebie, decyzyjność, umiejętność realizacji planu, co bardzo się przydaje potem w pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites