Bliżej Sukcesu: Coaching Drugiej Szansy, czyli jak znaleźć sens życia po wypadku

– Wbrew pozorom taki coaching nie różni się zasadniczo od pracy z osobami, które nie ucierpiały w wyniku wypadku. Każdy lubi być wysłuchany. Tu ważna jest moja autentyczność. Ja też to przeżyłem. Widać to patrząc choćby na ślad po rurce tracheotomijnej. To mnie uwiarygadnia – opowiada Bartek Pałgan, coach, twórca programu „Próg Życia”. 9 lat temu w jednym dniu został poszkodowany w dwóch wypadkach.

Bliżej Biznesu:– „Wstydziłem się, że mówię niewyraźnie do tego stopnia, że zamiast rozmawiać ze znajomymi przez telefon, wolałem pisać przez internet. I wtedy natrafiłem na informację o specjalizacji coachingowej. Pomyślałem, że może wykorzystam moją historię, walkę, żeby pomóc innym” – tak opowiadałeś w wywiadzie z nami nieco ponad dwa lata temu. Udało Ci się zrealizować swoje marzenie, swój plan? Jeżeli tak, to w ilu procentach?

Bartek Pałgan:– Automatycznie nasuwa mi się jeden cytat, to są słowa Thomasa Alvy Edisona, który powiedział: „nie przepracowałem w życiu ani jednego dnia, wszystko, co robiłem, było przyjemnością”, a więc najkrócej mówiąc, robię to, co chciałem, czyli pomagam ludziom przez coaching. Można powiedzieć, że chciałbym robić więcej, więc tu jest jedynie niedosyt, ale za to osoby, z którymi pracowałem, bardzo sobie cenią moje doświadczenia, w związku z tym trudno mi mówić o jakimś braku.

Co na początku było najtrudniejsze?

To, co było najtrudniejsze i nadal jest to zła reputacja tego, czym jest coaching, jak może on pomóc, a także wyobrażenie, że często chodzi tutaj o pieniądze. Moja żona korzystając z usług fryzjerki do ślubu, zapłaciła więcej, niż wynosi moja stawka za coachingową sesję, która może trwać nawet 2 godziny. Wszystko zależy od klienta, a rezultaty dla niego są czasem nawet niemierzalne.

Od czego zacząłeś realizację swojego planu?

Od nauki, nauki i jeszcze raz nauki. Zresztą o podnoszeniu swoich kompetencji powinien pamiętać każdy coach. Tuż przed naszą rozmową uczestniczyłem w szkoleniu internetowym dla coachów, wczoraj również byłem na szkoleniu. A więc cały czas staram się doskonalić w sztuce coachingu. A wracając do początku, myślę, że należy wspomnieć też o stworzeniu strony internetowej www.progzycia.pl, na którą serdecznie zapraszam i do ewentualnego kontaktu ze mną za jej pośrednictwem.

Kim była pierwsza osoba, której pomogłeś, jako coach?

To w pewnym sensie ciekawa kwestia, gdyż moje początki – i nie będę tu mówił tylko o jednej osobie – to była praca w charakterze trenera – coacha jeszcze przed wypadkiem, czyli w 2009 i 2010 roku. Mój coaching prowadzony był w formie coaching on the job z przedstawicielami handlowymi z mojej firmy. Pomagałem im wówczas lepiej dotrzeć do potencjalnego klienta. Potem zacząłem pracować, jako coach freelancer.

Jak wygląda, jak przebiega coaching osób po wypadkach i chorobach? Jakich technik się używa?

Wbrew pozorom nie różni się zasadniczo od pracy z osobami, które nie ucierpiały w wyniku wypadku czy choroby. Każdy lubi być wysłuchany. Mam też wrażenie, że z kolei dla tych osób często ważne jest to, że ja wiem, z czym one się mierzą, jakie przeszkody chcą pokonać. Tu też ważna jest moja autentyczność, nie rozmawiają bowiem z osobą, która posiada wiedzę pozyskaną z książki. Ja też to przeżyłem. Widać to patrząc choćby na ślad po rurce tracheotomijnej. To mnie uwiarygadnia.

Na czym polega zasada step by step, o której również często wspominasz w wywiadach?

Opisanie tej zasady najlepiej zacząć od przykładu. I tutaj odwołam się do jednej z pierwszych osób, z którą pracowałem, jako coach freelancer. Ta osoba korzystała z respiratora i bardzo chciała go odłączyć, najlepiej natychmiast, albo kolejnego dnia. Niestety, tak się nie stało. I tutaj wkroczyła zasada step by step, czyli krok po kroku. Oczywiście to tylko jedno z narzędzi wykorzystywanych przeze mnie, ale w tym przypadku było bardzo trafne. Mój rozmówca sam bowiem stwierdził, że swoim sposobem nic nie osiągnie. W trakcie naszej rozmowy opracował na nowo cel przy pomocy zasady step by step. Polegało to na tym, że próbował oddychać samodzielnie nie przez 24 godziny, a przez 45 minut. Kolejna próba samodzielnego oddychania to już była godzina, później godzina i 15 minut. Za każdym razem ten okres był wydłużany o 15 minut. Po tygodniu korzystanie z respiratora było okazjonalne, po dwóch tygodniach nie musiał już wcale korzystać z tego urządzenia. Dla mnie to był duży sukces coachingowy.

W wywiadzie sprzed dwóch lat opowiadałeś również o tym, że tak naprawdę po wypadku sam musiałeś zrobić sobie coaching.

Jest coś takiego, jak autocoaching, a więc pytania, które często zadaje klientowi w trakcie procesu coachingowego, zadałem sam sobie. Przeszedłem przez cały ten proces, który teraz oferuję moim klientom. Zadawałem pytania, ustalałem, co chcę osiągnąć i dobierałem do tego metody – narzędzia, które były dla mnie skuteczne. Wiem, jaką to ma moc, siłę i skuteczność. Wiem, że to działa i jednocześnie jestem namacalnym dowodem, że tak jest.

Jak najczęściej radzą sobie osoby po wypadkach? Z czym mają największy problem? Jakie widzą bariery?

Mam wrażenie, że najczęstszym problemem jest brak poczucia sensu życia. Moim zadaniem, jako coacha jest to, aby moi klienci odnaleźli taki sens życia. W przypadku osób, które stały się niepełnosprawne i coś straciły, ważne jest, aby umiały odkryć talenty, być może wcześniej nawet niezauważone.

Czy coaching, którym się zająłeś, jest popularny na świecie? Czy to wciąż nisza do zagospodarowania?

Jeżeli chodzi o sam coaching, to na świecie jest dość popularny, natomiast w Polsce, niestety jest na ten temat sporo hejtu. Ale tutaj problemem jest to, że każdy może nazwać się coachem, nie ma regulacji tego zawodu. Znam przypadki, gdy ktoś dopiero zapisał się na kurs coachingowy i od razu na wizytówce napisał „coach”. O mówcach motywacyjnych nie wspomnę. W moim przypadku odezwały się wartości, które zdobyłem na studiach socjologicznych – aby móc o sobie mówić coach, potrzebowałem do tego nie tylko ukończonej szkoły, ale zdanego egzaminu potwierdzającego te kompetencje. A zatem mam certyfikat ACC w ICF – czyli międzynarodowej organizacji zrzeszającej coachów na całym świecie. Natomiast jeżeli chodzi o sam coaching dla osób po urazach czy wypadkach, to szukałem informacji na ten temat w 2015 roku. Myślałem wtedy o takiej specjalizacji coachingowej i znalazłem taką w Australii. Wówczas w Europie tego nie było. W Polsce na pewno nikt inny tym się nie zajmuje obecnie. A więc jest to nisza, którą staram się zagospodarować i rozpowszechnić.

Jak docierasz do klientów?

Muszę przyznać, że jest to mój główny problem. W tym momencie jedynym sposobem są media społecznościowe i pozyskiwanie indywidualnych osób. Stawiam na moją stronę internetową – www.progzycia.pl i fanpage na FB o nazwie Coach Drugiej Szansy – prowadzę tam webinary, publikuje nagrania, lub wpisy na blogu. Pracuję nad tym, aby zacząć współpracować z fundacjami, czy też stowarzyszeniami zrzeszającymi takie właśnie osoby, ale także z firmami ubezpieczeniowymi, czy też motoryzacyjnymi, które mam nadzieję, że w swoim działaniu CSR uznają to, jako skuteczne narzędzie.

Ciężko wraca się do tematu wypadku?

Ten temat mam mocno „przepracowany”. Dzięki coachingowi dowiedziałem się, czym jest asocjacja i dysocjacja. Więcej można się dowiedzieć o tym w nagraniu na moim fanpage’u Coach Drugiej Szansy.

Przypomnijmy, co się stało. I jak wypadek zmienił twoje życie, również zawodowe?

W sierpniu 2010 roku, a więc w sumie już dość dawno temu, wracając z Warszawy do mojego domu pod Włocławkiem, na drogę wtargnął mi dzik. Nie chciałem w niego uderzyć, a więc odbiłem w bok. Niestety, padał deszcz, wpadłem w poślizg, trafiłem do głębokiego rowu, z którego wyjechałem, ale wówczas przyszedł kolejny poślizg i moją podróż skończyłem na drzewie, uderzając w nie od strony kierowcy. Na moje szczęście zatrzymali się świadkowie tego zdarzenia, którzy wezwali służby ratownicze, odcięli zasilanie samochodu w prąd – bo ten zaczynał się już palić, jak również prawidłowo podtrzymywali moją głowę, bym nie udusił się własnym językiem. Byłem nieprzytomny. Po dość długim czasie oczekiwania – jak mówił mi jeden ze świadków – przyjechała karetka, która zabrała mnie do szpitala we Włocławku. Niestety, nie dotarła na miejsce, gdyż uderzyło w nią inne auto. Musiałem poczekać na drugą karetkę, która przewiozła mnie do szpitala.

Kiedy odzyskałeś przytomność?

Po trzech tygodniach. Moim głównym urazem było stłuczenie pnia mózgu, plus np. lewostronny bezwład całego ciała, wylew podpajęczynówkowy i wiele, wiele innych urazów. Po 3 miesiącach opuściłem drugi już dla mnie szpital. Rehabilitacja, ta główna trwała 2 lata. W niektórych kwestiach trwa do dzisiaj.

„Usłyszałem od koleżanki, że pewnie, gdyby nie ten wypadek to moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, a więc pewnie miałbym założoną rodzinę i tytuł doktora” – opowiadałeś w wywiadzie. Nie wiem jak z tytułem doktora, ale rodzinę masz założoną.

Niedawno moja córka skończyła roczek. Mam również wspaniałą, kochającą żonę, z którą każdy kolejny dzień przebiega łatwiej. Z pracą doktorską, a co za tym idzie z tytułem doktora, cały czas mam taką nadzieję, że kiedyś zdążę. Teraz choćby właśnie ze względu na rodzinę, pierwszeństwo ma kwestia możliwości zarobkowania tak, aby móc utrzymywać rodzinę i nie martwić się o to, co przyniesie jutro. W kwestii pracy doktorskiej to zmieniłbym temat – z poświęconego kierowcom zawodowym, na osoby niepełnosprawne, po wypadkach.

Czy udało ci się odbudować życie sprzed wypadku?

Cały czas twierdzę, że to, co było przed wypadkiem, skończyło się wraz z nim. Nie próbowałem potem tego jakoś nadmiernie odbudowywać. Pewnie, że były takie momenty, że pojawiała się tęsknota, jednak po nich przychodziła refleksja, że to, co mam teraz, jest nawet lepsze. Nawet doszedłem do stworzenia takiej metafory: patrząc na zakręt i skrzyżowanie, na którym ten wypadek miał miejsce, mam wrażenie, że jest to tak, jak z książką. Tam, gdzie jest ten zakręt, kończy się pewien rozdział tej książki, a wraz ze skrzyżowaniem rozpoczyna się nowy, a raczej jego pisanie. Cieszę się, że nie pozwoliłem na to, aby wraz z tymi zakrętami ta książka się zamknęła, to również zasługa wspomnianego wcześniej autocoachingu.

Co z perspektywy czasu zmieniłbyś w swoim życiu w ostatnich latach?

Co bym zmienił? Chyba nic lub na pewno niewiele. W sumie to trudne pytanie. Pewnie, że chciałbym niektóre rzeczy przyspieszyć, ale wiem też, że tak się nie da. Wszystko potrzebuje czasu, musi iść swoim rytmem i tempem.

Jakie masz plany na najbliższe lata?

Tak, jak wspominałem wcześniej, chciałbym dotrzeć z prowadzonym przeze mnie coachingiem do fundacji i stowarzyszeń zajmujących się pomocą osobom po wypadkach, urazach. Prowadzę bowiem nie tylko coachingi indywidualne, ale również grupowe. Chciałbym dotrzeć także do firm ubezpieczeniowych i motoryzacyjnych. Chodzi o to, aby coaching dla osób po wypadkach czy urazach był może nie tyle czymś oczywistym, ile kojarzonym przez osoby dotknięte taką tragedią. Dodam tylko, że wraz ze wspólnikami zaczęliśmy myśleć nad stworzeniem dla takich osób specjalnego ośrodka w Bieszczadach. Samo miejsce jest w pewien sposób szczególne, wymaga bowiem trochę aktywności od podopiecznych, ale nie są to wysokie góry, więc nie ma wysiłku związanego ze wspinaczką. Myślimy o stworzeniu ośrodka rehabilitacyjnego, ale również promującego zdrowy tryb życia, np. ekologiczne jedzenie. Chciałbym również zrobić wspomniany doktorat, a co do marzeń prywatnych, związanych z moją rodziną, to wybacz, ale nie zdradzę, zostawię je dla siebie.

Jesteś szczęśliwym człowiekiem?

Tak i to bardzo. Oczywiście pisząc to, mam tu głównie na myśli życie osobiste. W zawodowym wiem, że jeszcze przyjdzie dużo lepszy czas i lepsze dni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *